Ani jednego zdjęcia
Kiedy w czwartek wracaliśmy do domu, było jeszcze całkiem wcześnie. Do 23.00 brakowało kilkunastu minut, a termometr pokazywał 31 stopni. Gorąc był niemożliwy. Siedzielibyśmy pewnie dłużej, gdyby plac nie został zalany inwazją mrówko-muszek. Nie mam pojęcia jak te czorty się nazywają, ale uprzykrzają skutecznie życie. Oblepiają wszystko, co możliwe, niczym rój w katastroficznym filmie.
Tak czy inaczej wieczór minął nam nadzwyczaj miło. Był to kolejny wieczór pod hasłem „nasz pierwszy raz” albo „sajens fikszyn największego kalibru” – pierwsze w historii wspólne czwartkowe mercatini. Tak byłam tym przejęta i rozemocjonowana, że nie zrobiłam nawet jednego zdjęcia na pamiątkę.
Tylko ci, którzy mnie dobrze znają, wiedzą, jak bardzo jest to do mnie niepodobne, jak bardzo nie w moim stylu.
Chodzi o to, że to, co dzieje się tu i teraz jest dla mnie tak wielkie i wyjątkowe, że i zapominam o reszcie świata. Nawet zdjęcia schodzą na dalszy plan. Jedyne, co wczoraj uwieczniłam, to pakowanie naszej szalotki do słoików. Też jeden z pierwszych razów – pierwsze wspólne przetwory na zimę.
Zmiana planów
Za dwa tygodnie, jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, będziemy w podróży. Tym razem będzie to podróż pod znakiem moich urodzin. Plan na nią rozpisany był od kilku miesięcy, a ja w myślach przebierałam nogami z radości, że zobaczę tyle nowych miejsc i że powrócę w kilka starych.
Jednak kilka dni temu, kiedy usiedliśmy do kolacji we troje, bo w końcu udało nam się zgrać z Mikołajem, nasza destynacja zmieniła się o 180 stopni.
– A tam byłeś? – zapytał On Mikołaja, kiedy przerzucali się zachwytami nad jednym z włoskich regionów.
– Aaaa tak! I tam też i jeszcze tam.
– Wspaniałe prawda?
– Najpiękniejsze miejsce! Ja się tam wyprowadzam z Cateriną – zamyślił się Mikołaj i zaraz dodał wskazując na mnie – zabierz ją tam!
Niewiele myśląc sama „przechwyciłam piłkę”.
– Ja już mówiłam, że możemy zmienić cel. Tym bardziej, że w taki gorąc spanie w aucie na południu mogłoby być zabójcze.
Choć miał świadomość tego, jak bardzo zależało mi na pierwotnej destynacji, wobec argumentu o spaniu, nie było sensu dyskutować.
– Ja z nim to mogłabym nawet do Popolano – powiedziałam już bardziej do Mikołaja – nie jestem tak zatwardziała w swoich przekonaniach, jak myślisz.
I tak oto zaraz na drugi dzień zaczęłam pisać w głowie nowy plan i bombardować go na whatsapp nowymi rolkami.
To będzie za dwa tygodnie, a tymczasem czeka nas upragniony weekend pełen relaksu, fest i zwyczajnego razem. Jeśli ktoś jest w okolicy przypominam, że jutro Castagneto in musica – czyli wiekowe kasztany muzyka na żywo i nasze lokalne przysmaki.
Pięknego weekendu!



4 komentarze
Oj, nie podoba się Wam Popolano??? Jest pięknie, parę lat wędrowałam ścieżkami, dróżkami i na przełaj, i jeszcze wszystkich zakątków nie widziałam.
No, bo wie Paniusia, bo jo taka stara baba ze wsi jestem, a ta cebula, to dobra jest? No i? A z cymze jom zajadać? Hej!?
Zauważyliście co Kasia kiedyś pisała a co teraz pisze? Dawniej o 23.00 Kasia przewracała się się już na drugi bok a teraz 23.00 to wczesna godzina na powrót do domu.
Kasia Tobie lat ubywa czy przybywa?😉🤭😊
Latem Marku nigdy, bo przede wszystkim prawie do 22.00 jest widno, poza tym niemal codziennie są festy, które żal przegapić. Imprezy taneczne zaczynają się o 23.00 – Italia żyje trochę innym rytmem. Zimą nic się nie zmieniło – chodzimy spać z kurami.