Berlinowi się obrywa...
– Jak tu jest ładnie! Jak kolorowo! – Mikołaj siedział przy stole w kuchni Domu z Kamienia i z rozmarzeniem patrzył na świat za oknem. – Berlin jest taki szary! Taki smutny! Jak ludzie mogą tam mieszkać?? Ja nie bardzo lubię Emilię Romanię, ale jak wylądowaliśmy to była taka ulga!
Mikołaja, który zawsze stara się znaleźć coś ładnego, Berlin po prostu rozczarował.
Widział naprawdę dużo, bo zwiedzili większość najważniejszych miejsc, poza tym jest w nim naturalna chęć poznawania nowego i już samo to zwykle nastawia go pozytywnie. Wysłał mi relacje z oglądania muru berlińskiego, z muzeum DDR, były elementy, które go urzekły, doświadczenia, które były szczególnie intensywne, jak zjedzenie kebaba w mocno podejrzanych miejscach, czy rozmowa z bezdomnym, ale generalnie podsumowując był bezlitosny w swojej opinii.
– Czyli pięć dni to za dużo? Wystarczyłyby ci dwa?
– Wystarczyłby mi jeden!
Mikołaj odwiedził przy okazji kilka ciekawych sklepów i na pamiątkę przywiózł sobie płyty cd. Słynne piwo z nauczycielem wypił i był tym faktem bardzo uradowany, a dla mnie z tego wszystkiego… napisał wiersz.
– I w tej księgarni kupił taką ładną pocztówkę. Miał wysłać, ale nigdzie nie mógł znaleźć tego „cośka” do przyklejenia, więc teraz mamusi da. Napisał też poezję, ale po włosku.
Ze wzruszenia nie zapytałam o zgodę na publikację, więc wiersz – refleksja z szarego Berlina pozostanie dla mnie. Jestem poruszona wrażliwością i przenikliwością spojrzenia Mikołaja.
In cammino... W drodze...
– Czuję się, jakbym już była in cammino – napisała Basia, kiedy potwierdziłam rezerwację kolejnego noclegu. Ja czułam dokładnie to samo, jakby wyprawa, na którą ruszymy w maju zaczęła się już w niedzielę. Byłam tym wszystkim tak podekscytowana, że najchętniej wyruszyłabym natychmiast. Cały ranek spędziłyśmy na łączach rezerwując pięć noclegów, wymieniając wiadomości z ludźmi, którzy też żyją pasją do wędrowania i była to dla mnie prawdziwa terapia i odskocznia po tym, co wydarzyło się w ostatnich dniach.
Nie zdradzę jeszcze dziś szczegółów planu, powiem tylko, że w tym roku postanowiłam w końcu nie odkładać na potem niektórych moich marzeń i zrealizować plan o długich, pieszych wyprawach. Jedną z najważniejszych i na pewno najtrudniejszą będzie właśnie majowe „cammino” słynnym włoskim szlakiem. 6 dni, 130 kilometrów, ponad 4000 metrów przewyższenia. Będzie mi w tym towarzyszyć Basia. Na tę okoliczność odchodzę od mojego zwyczaju „pierwsza literka imienia z kropką”, zamiast tego będę używać pełnych imion.
Poza majową wyprawą mam już zaplanowane trzy inne, choć te są narazie w mniej lub bardziej zaawansowanych powijakach. W każdej z nich będą mi towarzyszyć inne wspaniałe kobiety: Olga, Asia i Lucia. Kilka krótszych wypraw planuję też z Mikołajem, a plan na inne dalsze jeszcze się pisze. Chciałabym, żeby po tym pierwszym upiornym kwartale roku reszta miesięcy przyniosła wytchnienie, radość, satysfakcję i mnóstwo pozytywnych emocji na szlaku.
Po tym, jak plan majowy rozgrzał się do czerwoności, ugotowałam gar zdrowej, sycącej zupy dla Mario, zapakowałam ją do plecaka – przy okazji miałam trening z obciążeniem – i wraz z Bolońskim Dzieckiem poszłam do Casa Gallo, żeby pobyć z Mario i razem, jak za dawnych czasów, usiąść do stołu.
A w CasaGallo przy stole...
Mario z apetytem zjadł jeden talerz zupy, a potem nawet wziął dokładkę i zapewniał, że jest to w końcu pierwszy posiłek, który zjadł z prawdziwą przyjemnością. A ja dziś z radością publikuję pierwsze po dwóch miesiącach wspólne selfie, oczywiście za zgodą fotografowanego!
Jednym ze skutków ubocznych styczniowego wypadku – tak to był bardzo nieszczęśliwy domowy wypadek – Mario nie słyszy. Miejmy nadzieję, że ten problem będzie rozwiązany przynajmniej w jakimś stopniu, tymczasem nasza komunikacja wygląda tak, że Mario mówi, a my nasze kwestie piszemy na kartce.
Niektóre z tych kartek zachowuję na pamiątkę, jak ta wczorajsza…
Mario był wczoraj w dobrym humorze i udało nam się nawet pożartować, pośmiać, powymyślać głupoty.
– Było trzęsienie, frane, powodzie, to jeszcze brakuje, żeby eksplodował wulkan na Castellone… – powiedział z właściwą sobie czarną ironią.
– Jaki znowu wulkan? – Bolońskie Dziecko popatrzyło na mnie wytrzeszczonymi oczami.
– Skąd ja mam wiedzieć?
Mario zaczął tłumaczyć, że o to trzeba zapytać najstarszych marradyjczyków, ale on o jakimś wulkanie na pewno słyszał.
Ta dyskusja popchnęła nas do wizualizowania – na żarty oczywiście – co się stanie, kiedy woda już całkiem nas zaleje. Pamiętam, że dawno temu, kiedy dzieci były małe odbyliśmy podobną dyskusję, wtedy snuliśmy różne hipotezy na okoliczność wybuchu wulkanu, który drzemie na dnie morza. Nie przypuszczaliśmy nawet, że za kilka lat nasze biedne Marradi będzie się zmagać z tak poważnymi kataklizmami…
Nad Lamone...
– A tego pnia wielkiego już podobno nie ma – przypomniał sobie nagle Mario. – Ja nie widziałem, nie schodziłem na dół, ale sąsiedzi mówili.
Chciałam się przekonać na własne oczy. Przed powrotem do Biforco krótka wizyta w zostawionym trochę na pastwę losu ogródku, żeby zobaczyć jak wygląda brzeg rzeki.
Furia wody sprzed kilku dni była nie do opisania, o czym świadczył nie tylko brak wielkiego, zwalonego drzewa, które znają nawet bywalcy i bywalczynie Marradi, ale też poodzierane z kory do gołego pnie, które woda zostawiła.
Ta poetycka, szemrząca rzeka potrafi zamienić się w bestię nie do okiełznania…
Marradi jest wciąż głównym bohaterem wiadomości z terenów dotkniętych kataklizmem. Mam nadzieję, że z jego skutkami szybko się uporamy.
Dobrego tygodnia!



9 komentarzy
Dużo zdrowia dla Mario! Dobrze wygląda. Kasia praska
Mario! Jak miło Cię widzieć:) i ten Twój figlarny uśmiech:) Trzymaj się dzielnie, chłopaku, tak jak my trzymamy kciuki za Twoje zdrowie. Kasiu, plany masz piękne i ambitne, niech Ci się spełnią na 1000%! Bardzo Ci kibicuję:) Cieplutko pozdrawiam, Barbara
Mario❤️ A ten pień 😱 to w rzeczywistości kawał potężnego drzewa był. Mammà mia że te woda go porwała – siła natury jest wielkab
Plany marszowe ambitne – niech się ta wyprawa uda wyśmienicie, i kolejne też 🙂
Plecak bardzo profesjonalny i w świetnym kolorze – dodającym energii, aż nie mogę się doczekać opisów z trasy.
Zdrowia dla Mario.
Czyżby Sentiero Italia, którym prawie trzy lata temu przechodziłam „obok Ciebie”? Mogę tylko ostrzec, że cammino wciąga, pochłania i tęskni się za więcej. Mimo zmęczenia i niedogodności na trasie. Za mną 2700 km i już tęsknię, już mi się serce wyrywa… Już oglądam mapy! Powodzenia! Pięknej drogi!
Nie, jeszcze nie:) A że wciąga to coś o tym wiem, ja chodzę niemal każdego dnia, a prawie każdy weekend trekking porządny. To jest jedna z największych radości życia! <3 Asiu trzymam kciuki za kolejne tysiące i może do zobaczenia kiedyś na szlaku!
Dziękuję! Miłego wędrowania i z przyjemnością przeczytam Twoją relację. Cammino wciągnie bardziej niż weekendowe wędrowanie. Oj, zakochasz się! Niesamowita jest ta możliwość wędrowania setki lub setek kilometrów, z punktu A do B. Ludzie, spotkania, uśmiechy, pozdrowienia, rozmowy… czasem pomoc w postaci kawy, jedzenia, miejsca na namiot. Dla Tych ludzi zaczęłam się uczyć włoskiego, żeby móc porozmawiać 🙂 Dobrego wędrowania! I obiecuję, że zawołam Salve, gdy spotkamy się na trasie!
Jak dobrze znowu widzieć Mario :-). Życzę zdrowia i pozdrawiam. Kasia M.
Dla mnie Berlin był też ciekawym, ale trudnym doświadczeniem nowoczesnej wielkomiejskości, szarości i obcości. Matrixem , dziwnym połączeniem. wielką techno party, pomnikami Marksa i Engelsa, Muzeum Żydów i murem berlińskim. A było to 20 lat temu… Pozdrawiam ciepło wszystkich w Marradi 🙂 ! Magda