Castello di Soave i plan na medal
Pierwotnie nasz wyjazd miał trwać do niedzieli. Niestety już na kilka tygodni przed podróżą dowiedzieliśmy, że On w sobotę wieczorem będzie miał coś ważnego, z czego wymigać się nie sposób i wczesnym wieczorem będziemy musieli wrócić do Marradi.
Tak czy inaczej do wieczora było całkiem sporo czasu na produktywne wykorzystanie. I tak oto wyszperałam dwa miejsca, które zdawały się być szyte dla nas na miarę i do tego nie wymagały specjalnego nadkładania drogi.
– Powiem szczerze, że dla mnie ten wspiął się chyba na szczyt klasyfikacji naszych castelli – ocenił, kiedy staliśmy pod wieżą zamku Soave w palącym późno porannym słońcu.
– Wiedziałam, że będzie ci się podobał. Ma wszystko: pomieszczenia mieszkalne, mury, po których można wędrować i wieżę, na którą można wejść i do tego można się po nim kręcić samemu do woli, a nie pod dyktando przewodnika.
Castello di Soave to typowa średniowieczna fortyfikacja, która powstała najprawdopodobniej w X wieku. Dziś jest jednym z najpiękniej zachowanych zamków całego regionu Veneto.
Sercem fortyfikacji jest wieża główna, od której niczym ramiona otwiera się pas murów obejmujący trzy dziedzińce i ciągnący się w dół, żeby opasać całe miasteczko.
Z głównej wieży (nastio) rozciąga się widok na całe Soave, Nizinę Padańską i zielone wzgórza porośnięte gęsto winnicami.
Zakup lokalnego wina był kolejnym punktem programu. Po wycieczce do Dozzy, z której wróciliśmy z dwoma butelkami naszego ulubionego napitku, postanowiliśmy, że z każdej podróży będziemy przywozić sobie taki właśnie souvenir – butelkę (butelki) lokalnego wina. Nie mogliśmy odżałować, że nie wpadliśmy na ten pomysł w czasie wyprawy do Abruzzo, ale na szczęście już niedługo wrócimy do naszego ulubionego regionu.
Zamówiliśmy już nawet specjalne etykietki, żeby butelki te oznaczyć na pamiątkę – gdzie i kiedy zostały kupione.
Zajrzeliśmy do każdej izby czy też komnaty zamku, wściubiliśmy nos wszędzie, gdzie się dało, nasyciliśmy oczy panoramą z Belvedere, a potem znów zeszliśmy do miasteczka radośnie pstrokatego od kolorowych fasad i zawieszonych nad głowami parasoli, wsiedliśmy do naszego Gianly i ruszyliśmy w stronę kolejnego zamku.
Castello di Brendola, zwany inaczej Rocca dei Vescovi
Drugim i ostatnim już punktem urodzinowej wyprawy do Veneto była Brendola i jej Rocca dei Vescovi. Zamek na pewno mniej widowiskowy niż ten w Soave, ale jak wszystkie nieco porzucone miejsca, tajemniczy i na pozór nieprzystępny.
Na pozór, bo mimo zamkniętej bramy wąską ścieżką udało nam się przedostać na teren fortyfikacji, którą z pewnością wydeptali inni, tak jak my – gnani ciekawością.
Wzmianek o zamku w Brendoli zachowało się wiele w najróżniejszych dokumentach. Pierwsze z nich pochodzą z około 1000 roku, ale tak naprawdę nie mamy pewności jak stara jest rocca. Jej dzieje opisane są z detalami na tablicy, która ustawiona jest u jej stóp. Dziś cały teren jest ogrodzony i na szczęście popadanie w ruinę kilkanaście lat temu zostało zahamowane. To było dla nas największe zaskoczenie. Zwykle w takich miejscach musimy stąpać ostrożnie, a tutaj zastaliśmy nawet solidne schody, żeby wejść na szczyt wieży.
Tak czy inaczej, prace, które zaczęły się na początku tego tysiąclecia, z jakiegoś powodu zostały przerwane. Wielka szkoda, bo to co do tej pory zostało zrobione, na pewno było wielką inwestycją.
Kiedy skończyliśmy zwiedzanie rokki, było już lekko po 12.00 i nadszedł czas na obiad – koniecznie rybny, żeby godnie pożegnać się z Veneto.
Potem już tylko droga do domu w palącym słońcu, żeby każdy mógł na czas dotrzeć do swoich obowiązków.
Te obowiązki były na szczęście tylko chwilowym wieczornym przerywnikiem, po którym nastała niedziela caluśka nasza…
Tymczasem nastał lipiec i żeby tradycji stało się zadość tu PODSUMOWANIE czerwca.
Pięknego dnia!


