Sen bezwstydny i plan na niedzielę
Zeszły tydzień był prawdziwym rollercoasterem, emocje, zarwane noce, stresy i po nich ulgi, podróż, urodziny, festy, spotkania towarzyskie…
Kiedy w niedzielę obudziliśmy się już na dobre, za oknem panował dzień ze słońcem i gorącem w pełnej krasie.
– Która jest godzina?
Wziął do ręki telefon, wytrzeszczył zaspane oczy i w odpowiedzi zademonstrował mi wyświetlacz telefonu.
– Dziesiąta????? Ja nigdy w całym moim życiu nie spałam do 10.00!!! Ty pewnie też nie…
– My chyba byliśmy bardzo zmęczeni.
Od zawsze chwalę się na lewo i prawo, że jestem rannym ptaszkiem, że już spanie do 8.00 zdarza mi się może raz na rok, a do 10.00 to w ogóle o czymś takim mój świat nie słyszał. Tymczasem…
Wstaliśmy wypoczęci, zjedliśmy śniadanie o jakiejś zupełnie nieludzkiej, to znaczy nie naszej porze, a potem spakowaliśmy plecak i ruszyliśmy nad rzekę. Już kilka dni wcześniej ustaliliśmy, że niedziela będzie czystym relaksem. Szaleństwa szaleństwami, ale jednak 15 lat już dawno nie mamy i czasem trzeba odpocząć.
Wiedzieliśmy, że w taki upał każde zakole naszej rzeki będzie oblepione ludźmi. Trzeba więc było ruszyć poza szlak, do jednego z ukrytych zakątków, których przyjezdni znać nie mogą. I tak powróciliśmy do Pozzo di Smeriglio, o którym pisałam kilka tygodni temu. Tym razem dotarliśmy tam jednak nie szlakiem, tylko korytem potoku.
Raj ukryty
Niecka Smeriglio wypełniona była szmaragdową wodą, dookoła nie było nikogo.
– Wiesz co sobie często myślę? Że życie w takim miejscu to prawdziwy przywilej, prawdziwe szczęście. Ludzie topią się w miastach od upału, a my mamy na wyłączność takie oto cuda. Przecież to jest aż nieprzyzwoite!
– To prawda… – zamyślił się i zaraz ruszył do przygotowywania naszego legowiska. Najpierw ustawił płaski kamień jako stolik, a potem z małego piaszczystego skrawka usunął wszystkie kamienie, żeby nic w plecy nie uwierało. Rozłożyliśmy ręczniki, ułożyliśmy ichnusę w „lodówce” i zaraz wskoczyliśmy do wody.
Szmaragdowa woda, jej szmer, granie cykad i my. Nikogo więcej. Prywatny skrawek raju.
Zew przygody
Nie było jeszcze 15.00, kiedy odpoczywanie wzbogacone o porządną drzemkę (bo przecież spaliśmy tak krótko!), zaczęło nas uwierać.
Postanowiliśmy, że spakujemy znów plecak i ruszymy korytem rzeki. Chcieliśmy dojść do ukrytego miejsca ze smutną historią, którą opowiedziała Mu mama.
Wędrowanie rzeką było niesamowite. Nasze Hoka, choć nie są do tego przeznaczone, znów sprawdziły się w ekstremalnych warunkach.
Byliśmy ubawieni i nakręceni przygodą tak, że Pippi Langstrumpf i Tomek Sawyer przy nas to… phi!
Doszliśmy do pierwszego wodospadu.
On zsunął się w dół po omszałym kamieniu i poszedł dalej wybadać teren.
– Ja tu nie zejdę… – stanęłam jak osioł. Jeśli dalej nie ma przejścia, to jak ja się tu znowu wdrapię? Nie mam takich długich nóg jak ty!
– Aspetta qui. (Poczekaj tu)
Za wodospadem była głęboka niecka, więc przejście okazało się niemożliwe. Niemożliwe na pół sucho.
Zostawiliśmy więc na chwilę koryto rzeki i kilkadziesiąt metrów przeszliśmy bokiem. Potem znów wróciliśmy do wody i wędrowaliśmy tak chyba przez dwa kilometry, co oczywiście jest nieporównywalnie większym wysiłkiem niż 2 km drogą.
W końcu wyrosła przed nami kilkumetrowa ściana kolejnego wodospadu i tu już było trudniej, bo pójście bokiem wiązało się z wejściem niemal pionowym zboczem w stylu „spiderman”.
– Próbujemy?
Wymieniliśmy figlarne spojrzenia i zaraz zaczęliśmy się czepiać wszystkiego, czego można się było czepić i podciągać coraz wyżej.
– Dobrze, że mieliśmy mieć niedzielę pełną relaksu i odpoczynku…
– Wiesz kiedy my odpoczywamy? W tygodniu, kiedy pracujemy! – zaśmiał się – Via! Non siamo buoni a riposare! (Dobra nie jesteśmy dobrzy w odpoczywaniu).
Kiedy zadowoleni dotarliśmy na górę, żeby ominąć wysoki wodospad, okazało się, że aby wrócić do koryta rzeki czeka nas bardzo karkołomne zejście i tu na szczęście wygrał zdrowy rozsądek.
Wróciliśmy więc na dół pokonując tą samą trasę i bawiąc się przy tym, jakbyśmy byli wcieleniem Tarzana i Indiany Jonesa w jednym.
Na koniec, nim zakończyliśmy naszą eskapadę, zatrzymaliśmy się jeszcze przy tak zwanym „wodospadzie wiedźm” – La Cascata delle Streghe. Znajduje się pod nim ukryte pomieszczenie – tu zdjęć brak, ale zapraszam do obejrzenia rolki.
– Buty i tak już mamy mokre… – rzucił wyzwanie i zaraz znów ze zwinnością małpy zsunął się po mokrych głazach. Ja oczywiście za nim, jak ten cień… Zaraz mokre mieliśmy wszystko włącznie z głową, ale radość jaka nas wypełniała, była nie do opisania.
Piękne są nasze dalekie wojaże, ale piękne są też te dni spędzone „za płotem”, wypełnione opowieściami z dzieciństwa, smakiem ichnusy, psotami, czułościami, wspomnieniami, rozmowami i szemraniem rzeki, która jest…
Pięknego dnia!



4 komentarze
❤️❤️❤️❤️❤️❤️
Jesteście szaleni, ale nigdy się tego szaleństwa nie pozbywajcie. Niech trwa i dodaje smaczku każdemu dniu Waszego życia. Piękna wyprawa!
Tak trzymać!❤️
Niech trwa!