W samą porę
Dosłownie tuż po tym jak wpadła mi w oczy festa, z której skorzystaliśmy w sobotni wieczór, wyświetlił mi się film na Facebooku udostępniony przez lokalny portal. Nie pamiętam dokładnie tytułu video, ale było to coś w stylu „opuszczone, rozpadające się zamki i fortece Mugello”. Na początku prychnęłam nonszalancko, bo przecież – umówmy się – kto mnie tu może czymś zaskoczyć, ale już kilka minut później przeczesywałam internet ze zmarszczonym czołem i pytałam sama siebie – jak to możliwe???? Pytałam też Jego przesyłając na WhatsApp link do filmu z pytaniem: czy ty to znasz????
Nie znał, nigdy o nim tym miejscu nie słyszał – dokładnie tak jak ja – i był jeszcze bardziej niż ja zdziwiony.
I tak oto plan na niedzielę napisał się zupełnie niechcący.
Zamek Monterezzonico - jeszcze jeden skarb Mugello
Zaczęliśmy w sobotę i potem w niedzielę rano przeczesywać najdokładniejsze mapy regionu, pytaliśmy google o wskazówki, szperaliśmy coraz bardziej zacięcie, ale wiadomości o tym miejscu było tyle, co nic, nawet mapy-niemowy zjednoczyły się w zmowie milczenia.
W końcu udało nam się mniej więcej namierzyć, w którą drogę trzeba skręcić, potem wiedzieliśmy, że trzeba przejść kawałek wzdłuż jeziorka, a dalej już iść za nosem.
Drogę odnaleźliśmy przy drugiej próbie, jeziorko chwilę potem, w odszukaniu ruin zamku natomiast pomogła nam znajomość charakterystyki takich terenów.
– Popatrz tam na te cyprysy! – wskazałam palcem – cyprysy zwykle nie rosną ot tak sobie…
Żadnej tabliczki, żadnego oznaczenia szlaku, ale po takiej dedukcji jeszcze kilkaset metrów łagodnej wspinaczki i skarb został odnaleziony!
– Miałaś rację…
Dziś z dawnego zamku zostały już tylko ruiny, ale są to ruiny bardzo imponujące, aż dziwne, że nikt nic o nich ani nie mówi, ani nie pisze, poza tym jednym, nieco archaicznym video, znalezionym kilka dni wcześniej przypadkiem.
Castello Monterezzanico, jak wiele innych w okolicy, należał pierwotnie do rodu Ubaldnich i był klasyczną fortecą dominującą nad San Piero a Sieve. Z czasem zamek został przekształcony w posiadłość szlachecką i znalazł się w rękach Medici, a następnie stał się wiejską casa colonica.
Dziś najlepiej zachowały się mury wieży z bramą wejściową, do której prowadzi szpaler cyprysów.
Okna pierwszego poziomu są już niemal do końca zatopione w ziemi, ale wciąż można odczytać z linii niektóre pomieszczenia, łuki, nisze… To naprawdę fascynujące! Obejrzeliśmy tam niemal każdy kamień i przeszczęśliwi byliśmy w ogóle z tak niespodziewanego znaleziska tuż pod samym bokiem.
Toliboski w Hoka i jeszcze kilka kamieni
Przeszliśmy znów przez bramę i wzdłuż cyprysowej linii ruszyliśmy w dół. W miejscu gdzie szpaler się kończył, wyłonił się jeszcze jeden fragment muru.
Skoczyliśmy do niego jak w amoku!
– To musiała być jakaś kaplica…
– Ten dach… Ten kamień…
Żadnych więcej informacji już nie udało mi się wyszperać, jednak jestem pewna, że ostatnie odnalezione resztki musiały być świętym przybytkiem.
Obfotografowałam wszystko, co było do obfotografowania i co nie było. A potem on odwrócił się i wyciągnął w moją stronę mikro bukiecik…
Kiedy Mikołaj był nieco młodszy, nawet jeszcze niedawno – ha! – jeszcze kilka miesięcy temu, co i rusz zaskakiwał mnie kwiatami. Nie raz żartowałam, że jest moim Toliboskim, a on sam też tak lubił być nazywany. Rozczulona mówiłam wtedy:
– Gdyby nie ty, to kto obsypywałby mnie kwiatami?
Takimi kwiatami! Polnymi, wdzięcznymi, własnoręcznie zebranymi na łące, w lesie, gdziekolwiek…
I oto jest Toliboski. A kwiatków polnych już cała kolekcja zebrała się na ścianie, pięknie w ramki oprawiona. Te ramki podarowała mi na gwiazdkę Lucy, z troską żeby się moje skarby nie zniszczyły.
Po zamku była dalsza część niedzieli – wzruszająca, smakowita i nawet nieco rodzinna, ale myślę, że ta część pozostanie jeszcze off the record.
Dobrego popołudnia i wieczoru <3
Na zakończenie jeszcze ROLKA.



Jeden komentarz
Piękne ruiny, takie miejsca mają swój urok. Dobrze, że masz w końcu idealnego towarzysza do wszystkich podróżniczych i innych pomysłów :). Pozdrawiam ciepło i serdecznie