Spontanicznie San Potito i Pacentro, czyli najpiękniejsze odkrycie
Abruzzo usiane jest zamkami, wiele z nich jest ruiną, ale nas właśnie te ruiny najbardziej pociągają. Z jednej strony oczywiście szkoda, że rozpadają się kamień po kamieniu, a z drugiej odnowione, wyglancowane – czasem nawet za bardzo – tracą swój tajemniczy urok.
W czasie tej podróży poza listą marzeń natknęliśmy się na mnóstwo takich miejsc. Nie przy wszystkich się zatrzymaliśmy, bo to byłoby zwyczajnie niemożliwe mając tylko 4 dni, ale jednak kilka spontanicznych odkryć stało się częścią tej podróży.
I tak oto w poniedziałkowy ranek zostawiliśmy nasze abruzyjskie lokum w Santa Iona i ruszyliśmy w stronę Pacentro. Jednak już dzień wcześniej wypatrzyliśmy z drogi resztki warowni i obiecaliśmy sobie zbadać to miejsce jadąc dalej.
San Potito – tak nazywa się mikroskopijne borgo w gminie Ovindoli z górującymi nad nim resztkami zamku. Oprócz niego są tu też pozostałości willi rzymskiej z czasów Augusta. Niestety niewiele wiadomo o tym miejscu, jego historia wciąż owiana jest tajemnicą, ale warto się tu wdrapać już dla samej jego pozycji. Zamek wznosi się na skalnym zębie na wysokości 1100 m n.p.m. i rozciąga się stąd widok na całą dolinę i spektakularny wodospad.
Po krótkim, nieplanowanym wcześniej przystanku ruszyliśmy dalej i po ponad godzinie drogi dotarliśmy do Pacentro.
To miasteczko – ze wszystkich miejsc wcześniej nieznanych – zrobiło na nas największe wrażenie. Jego największą ozdobą jest zamek, który został podniesiony z ruin i dziś za skromną opłatą udostępniony zwiedzającym. Podobno jest to najstarszy zamek Abruzzo.
Poza tym wielką przyjemnością jest spacer wąskimi uliczkami Pacentro, wśród kwiatów, fantazyjnych drzwi, zdobionych tabliczek i kilku murali.
Było nam tam szczególnie miło, więc w lokalnym barze zatrzymaliśmy się na obiadową przekąskę i dopiero potem ruszyliśmy dalej. Czekały nas prawie dwie godziny drogi i to drogi niełatwej – musieliśmy objechać cały masyw Majella, żeby dotrzeć do kolejnego punktu naszego planu. Z żalem zostawiliśmy za plecami prowincję L’Aquila, która zadziwiła i wielokrotnie zauroczyła.
Nim jednak dotarliśmy do nowego celu, znów powieki upomniały się o drzemkę. Niech żyje podróżowanie w furgoncino!
Fara San Martino i Roccascalegna
Dobrze jest nam podróżować razem. W tym samym momencie mamy potrzebę drzemki, jedzenia, chodzenia, to samo w menu przyciąga naszą uwagę, taką samą mamy wizję zwiedzania…
Plan tej podróży pisaliśmy przez kilka wieczorów, ale też zgodnie zostawiliśmy przestrzeń na spontan.
Po zbawiennej drzemce w poniedziałek wczesnym popołudniem dotarliśmy w końcu do Fara San Martino. To wysoki skalny wąwóz, którego największą ozdobą są ruiny opactwa sięgającego prawdopodobnie IX – X wieku. Żeby zwiedzić opactwo w środku trzeba wejść z przewodnikiem, jednak poza ogrodzeniem można spacerować samodzielnie i rozciągnąć nawet trekking do wielu godzin wspinając się z gole na szczyty.
Samo miasteczko znane jest w całej Italii z produkcji jednego z najsłynniejszych makaronów – De Cecco.
Ponieważ tamtego dnia spędziliśmy w aucie sporo czasu, postanowiliśmy podarować sobie kilkukilometrowy trekking dla rozprostowania kości. POza tym chcieliśmy do końca skorzystać z bajecznej pogody, bo na wieczór zapowiadano gwałtowne burze, które stawiały pod znakiem zapytania następny punkt wyprawy.
I rzeczywiście, kiedy dotarliśmy do jednego z najbardziej widowiskowych zamków Abruzzo – Roccascalegna, nad naszymi głowami na chwilę zawisła burzowa chmura. Nie ostudziło to jednak naszego zapału i jakby nigdy nic, ruszyliśmy w stronę kolejnego zamku.
Nasz brawura szybko została nagrodzona, bo po półgodzinie dreptania w deszczu znów się wypogodziło i nad naszymi głowami rozciągnęła się podwójna tęcza.
O samym zamku pisałam już kilka lat temu, więc znów posłużę się własnym cytatem:
Do zakończenia jeszcze chwilę
Zamierzałam dziś skończyć już abruzyjskie bajanie, ale jednak za dużo jest jeszcze do dopisania. Obiecuję, że jutro postawię kropkę na końcu abruzyjskiego majowo – czerwcowego bajania i wrócę do codzienności. Tej codzienności też już się nazbierało i w tym wszystkim gdzieś w niebycie rozpłynęła się moja książka.
Tak czy inaczej jutro zapraszam Waśń na ostatnie impresje – prysznic w dziczy, dzicz dreszczykiem podszyta, Bomba, plaża i szczęśliwy powrót do domu.
Dobrego dnia!



Jeden komentarz
Byłam w Roccascalegna i w Pacentro. Castello zawieszony na skale robi ogromne wrażenie, a widoki z samego zamku wspaniałe. Pacentro bardzo urokliwe i też pięknie położone. Z ciekawostek mogę dodać, że stąd pochodzą dziadkowie Madonny, a na początku września co roku odbywa tam się tradycyjny bieg na bosaka ku czci Madonny Loretańskiej. Jak łatwo się domyślić, na mecie przy ołtarzu, znajduje się punkt opatrunkowy 😉
Abruzja jest piękna
Pozdrawiam 🙂