Castrovalva
Wiedziałam, że ta opowieść rozwlecze się w nieskończoność, więc teraz postaram się już wskoczyć na tryb bardziej telegraficzny. Łatwo na pewno nie będzie, bo tyle jeszcze pięknych miejsc zostało do opisania. Mam nadzieję, że nie znudziła Was ta nasza abruzyjska odyseja.
Dziś powinnam już bajać o minionym weekendzie, tymczasem zabieram Was jeszcze raz do Gole del Sagittario…
Kiedy w niedzielny ranek jechaliśmy do Scanno, mijaliśmy po drodze cuda, które zaplanowane były na cały dzień oraz cuda zupełnie nieplanowane. I tak na jednym z zakrętów, tuż za Anversą krzyknęliśmy razem:
– Guarda! (Patrz!)
– Zatrzymamy się tam, kiedy będziemy wracać?
Nie mogło być inaczej. Maleńka osada – Castrovalva przycupnęła na skalnej ostrodze. Już samo patrzenie na małe kamienne domki przytulone do skały przyprawiało o zawroty głowy, podobnie jak droga, która do niej prowadziła.
Takie miasteczka jak to, nazywa się w Italii „gniazdami orła”. Kilka kamiennych domów przytulonych ciasno do siebie. Z każdej uliczki widok, który zapiera dech. W pewnym momencie człowiek przestaje fotografować, bo kadry są zbyt nędzne, nie oddają nawet w połowie tego, co widzą oczy.
Nie sposób się tu zgubić i nie sposób nie zachwycić. Tutaj też dotarł wspomniany we wczorajszym poście Escher.
Auto trzeba zaparkować przed „centrum”, choć słowo centrum jest w tym przypadku mocno przerośnięte. Plac główny jest jedynym miejscem, gdzie można zawrócić auto, żeby znów znaleźć się na głównej drodze.
Ostatecznie Castrovelva, zdumieni unisono poświeciliśmy więcej uwagi niż większej i bardziej znanej Anversa degli Abruzzi…
Anversa degli Abruzzi i luksusowe aperitivo
Kiedy 15 minut później dotarliśmy do Anversy, byliśmy już lekko zmęczeni. Trzeci dzień intensywnego wojażowania to jednak nie takie hop siup. Przeszliśmy labiryntem uliczek tyle, na ile starczyło nam sił. Doszliśmy do zamku, którego zwiedzanie jednak nie było możliwe i zataczając pętlę wylądowaliśmy „całkiem przypadkiem” przed barem.
– Czas na aperitivo!
Aperitivo było takie, że klękajcie narody. Jakbym zjadła wszystko to, co nam zaserwowano, to już nawet nie myślałabym o kolacji. Na szczęście u nas jest tak, że ja jem trochę, a on je więcej:
– Skończysz? Zjemy na pół, to znaczy twoje będzie „większe pół”? Ja tylko gryzka? Już nie mogę… Zrobisz scarpetta na moim talerzu?
Zawsze się uśmiecha, nie protestuje i cytuje w odpowiedzi moje słowa:
– Tak, tak, ja jestem większy… bla bla bla…
I tak siedząc przy naszym anversańskim aperitivo zapytał:
– Masz coś przeciwko, jeśli pojedziemy teraz na to Altopiano delle Rocche (Płaskowyż fortec)?
– Jeśli ty masz siłę, to ja też!
– Już od wczoraj mnie intryguje ta nazwa.
– A zatem sprawdźmy jakie są tam rocche!
Castello d'Ocre
Choć było już późno i byliśmy „zmęczeni” jak konie po westernie, to jednak przejechaliśmy całym wspomnianym płaskowyżem, na którym – nawiasem mówiąc – poza dwoma miasteczkami ze słowem rocca w nazwie nie wypatrzyliśmy żadnej fortecy.
Żeby zagłuszyć tlący się pod skórą zawód, przypomniało nam się:
– A pamiętasz ten opuszczony zamek z wczoraj? On musi być gdzieś tu…
Zamek był „gdzieś tu”, tak naprawdę całkiem blisko, chwilę potem wyłonił się zza zakrętu, wznosił się dumnie na skalistej grani po przeciwnej stronie doliny. Castello d’Ocre…
– Spróbujemy się do niego dostać? – pytanie było oczywiście czysto retoryczne.
Na wysokości 933 m n.p.m. wznoszą się dziś ruiny majestatycznego zamku. Stan – całkowite zaniedbanie, ruina, szkielety dawnych murów. Jednocześnie żadnych tabliczek wstęp wzbroniony. A nawet gdyby był…
Dojechalismy furgoncino niemal pod sam castello i dalej ruszyliśmy pieszo. Tak naprawdę nie był to tylko jeden zamek, a cale borgo fortificato.
Och, co to była za uczta! Takie zakończenie dnia dla kochających porzucone miejsca, było jak wisienka na podróżniczym torcie!
Oprócz nas nie było nikogo, a zatem mogliśmy myszkować do woli!
Kiedy skończyliśmy słońce już zbliżało się do linii horyzontu.
– Wiesz, że już 20.00??? Za godzinę mamy rezerwację w restauracji!
Zwinęliśmy się raz dwa, pół godziny później wpadliśmy do naszego pokoju i jak w wojsku szast prast pod prysznic, siup w galowe ubrania i z minimalnym tylko spóźnieniem dotarliśmy do Celano. Na kolację trzeciego wieczoru wybraliśmy restaurację tuż obok monumentalnego zamku.
Miejsce było wyjątkowe, a właściciel przybytku zasłużył na kilka słów więcej w naszym dzienniku z podróży. Jedzenie było zacne i niebanalne, ale to osoby tworzą klimat i dla samego Sandro chętnie znów zawitalibyśmy w tamte progi.
Po sutej kolacji obeszliśmy gigantyczną fortecę i zatrzymaliśmy się dopiero przy instagramowej ramce w kształcie… serca.
– Tu musi być selfie! – Wyciągnęłam telefon i zaraz zaczęliśmy kombinować, jak mądrze uchwycić cały kadr. W tym momencie z pomocą ruszyło jedno z dzieciaków bawiących się obok.
– Ja wam zrobię zdjęcie – dwunastoletni na oko chłopiec wyciągnął rękę, żeby wziąć ode mnie telefon. Uwielbiam włoskie dzieci, są takie przebojowe i niczym nieskrępowane.
Narobił nam tych zdjęć całą serię. Wszystkie są nieco ruszone, dziś pozostają jeszcze off the record, ale są wyjątkową pamiątką po wyjątkowej chwili.
CDN…


