10 czerwca, 2026

Wymarzone Abruzzo – „bombowe” zakończenie i przystanek w Numanie

Popatrzyliśmy na siebie z przestrachem... - Może i lubimy miejsca odosobnione, ale bez przesady, prawda? Nie będziemy kusić losu.  - W życiu! Brakuje tu tylko Mostro di Firenze i mamy komplet!

Co znajdziesz w tym artykule?

Lago di Bomba i wielki zawód

Po nie bardzo udanym noclegu w Marina di Pisa, teraz bardzo starannie szukamy miejsca na postój i spanie. Pierwotnie planowaliśmy zjechanie na ostatnie nocowanie nad morze, ale ostatecznie zrezygnowaliśmy z tego pomysłu obawiając się tłumów, jakich można było się spodziewać w długi weekend. Zamiast tego uznaliśmy, że przecież namiastką morza będzie jezioro, a takie było całkiem blisko naszej ostatniej poniedziałkowej destynacji – Lago di Bomba! Już sama nazwa wydawała się inspirująca.

Obejrzeliśmy je dokładnie na mapie satelitarnej, według której nie brakowało tam maleńkich, spokojnych plaż. Już widziałam nas oczami wyobraźni delektujących się śniadaniem w jakimś uroczym zakątku, ze wschodzącym słońcem rozlewającym się jak u Moneta różowością po tafli wody. 

Kiedy dojechaliśmy nad jezioro miny szybko nam zrzedły. Drogi nieprzejezdne, chaszcze, trawa i zarośla wyższe od nas, idealne warunki do… nagrywania horrorów.

Popatrzyliśmy na siebie z przestrachem…

– Może i lubimy miejsca odosobnione, ale bez przesady, prawda? Nie będziemy kusić losu. 

– W życiu! Brakuje tu tylko Mostro di Firenze i mamy komplet! (słynny serial killer, który zabijał pary w ustronnych miejscach w okolicach Florencji)  

Zatrzymaliśmy się, popatrzyliśmy jeszcze raz na Google map i zdecydowaliśmy szukać szczęścia po drugiej stronie doliny, nad przyklejonym do zbocza miasteczkiem. Tym bardziej, że właśnie tam zarezerwowaliśmy stolik na kolację.

Burza z Roccascalegna zdawała się krążyć nad nami i zanosiło się na deszcz.  

– Może najpierw weźmy prysznic i przebierzmy się, co ty na to? 

– Dobry pomysł. 

Chwilę potem zatrzymaliśmy się przy jakiś porzuconych zabudowaniach. On ustawił auto kuprem do tyłu, więc po otwarciu drzwiczek mogliśmy sobie zażywać kąpieli w pełnej intymności. Znów ubaw mieliśmy jak dzieci. Ostatecznie, mimo moich próśb, nie zamontował skonstruowanej przez siebie rury, twierdząc, że to jednak obciach jakich mało i przed wyjazdem zaopatrzyliśmy się w prosty prysznic z decathlonu. 

Niektórzy sugerowali – „weźcie sobie też namiot prysznicowy”! Jednak nas akurat ten gadżet kompletnie nie skusił. Po pierwsze to kolejny klamot który potem trzeba wysuszyć, wypakować, zajmuje miejsce i to tylko zawracanie głowy. Natomiast przy umiejętnym zaparkowaniu i otwarciu drzwiczek ma się kabinę prysznicową jak znalazł. Poza tym my nie mamy problemów z prysznicowaniem w najróżniejszych okolicznościach przyrody. 

Wystrojeni ruszyliśmy dalej szukać miejsca i błogosławiliśmy się za ten prysznic, bo chwilę później rozpadało się na dobre. 

Po pół godzinie jeżdżenia w deszczu – dotarliśmy aż do Montelapiano – w końcu znaleźliśmy spełniającą nasze wymagania „piazzolę” (placyk przy drodze) tuż nad niewielkim miasteczkiem Villa Santa Maria. Miejsce nie było spektakularne, ale wydawało się spokojne i wygodne, a poza tym na kolację mieliśmy stamtąd tylko dziesięć minut drogi.

Le ginestre – tak nazywało się lokum, w którym jedliśmy naszą ostatnią, w tej podróży, abruzyjską kolację, która, jak zgodnie stwierdziliśmy, zasłużyła na 5 gwiazdek w naszej prywatnej klasyfikacji. Wszystko było pyszne, a do tego właściciel, kucharz i kelner w jednej postaci przyprawił nasz wieczór serdecznością i humorem. 

Dom z Kamienia podróż do Abruzzo

Zmiana planów - Numana, Conero

Noc minęła spokojnie, ale ponieważ Abruzzo w tamtych dniach wziął w objęcia gorąc na miarę lipca czy sierpnia, więc temperatura w aucie wybudziła nas już wczesnym świtem. 

– Wiesz co? Tak sobie myślę nad naszym powrotem…

– No właśnie, co robimy?

Pierwotnie plan był taki, że zaraz po śniadaniu i zwiedzeniu jeszcze jednego miejsca (!!!) ruszamy autostradą w stronę domu. Dojeżdżamy do Ancony i tam odbijamy, żeby powojażować chwilę po Marche albo po Umbrii. Przede wszystkim zostawić wybrzeże, które wiadomo było, że już od popołudnia zacznie się korkować.

– A gdybyśmy tak wojażowanie już odpuścili i zrobili sobie dwie godziny plażowania? – zapytał niepewnie.

– Nie śmiałam proponować. Jesteśmy przebodźcowani, sami już nie pamiętamy, co widzieliśmy dwa dni temu. Dobrze, że mamy zdjęcia! Zróbmy ostatni dzień relaksu! 

– Tym bardziej, że jutro obydwoje mamy dni przeładowane pracą. Wiesz, że nigdy nie byłem na Conero?

– No i super. Ja z Conero mam bardzo złe wspomnienia, chętnie więc nadpiszę na nich nowe… Numana? Sirolo? 

Ustaliliśmy, że mkniemy autostradą do Conero, tam zjeżdżamy i zatrzymujemy się na pierwszej wolnej plaży, na której znajdziemy miejsce i rozpieszczamy się na koniec naszej podróży rybną ucztą. 

I tak oto kilka minut przed południem dotarliśmy do Numany. Mimo moich obaw, że w długi weekend będzie to nietrafiony pomysł, wyszło pięknie. Bez problemu zaparkowaliśmy Furgoncino, wskoczyliśmy w kostiumy i poszliśmy na plażę.

– Głupio wyglądamy z polarowym kocem pod pachą – zaśmiał się.

– A gdzie jest nasze „telo da mare„, które kupiłam przed wyjazdem?

– W domu? – zaśmiał się.

– W sumie morza nie było w planach… Ale jednak kostiumy wzięliśmy! 

– Albo zaginęło razem z moim marsupio (nerka na pasku).

  – Telo jest pewnie w domu, ale marsupio na milion procent zabrałam. Może gdzieś się wsunęło pod fotel pierwszej nocy?

Ostatecznie nerka znalazła się kiedy wypakowywaliśmy wieczorem auto, a ręcznik plażowy leżał sobie spokojnie w biforkowej szafie. 

Na plaży było bosko. Chcieliśmy nawet się wykąpać, ale woda jeszcze nie zachęcała do pluskania. Zamoczyliśmy więc stopy, pospacerowaliśmy po chroboczących kamykach, a potem poszliśmy na obiad. Insalata di mare, fritto misto, czarne tortelli ze skorupiakami i do tego oczywiście wino. 

– Nawet jeśli się nie kąpaliśmy przydałby się prysznic. Tu na plaży czy nasz? 

– Nasz! 

Tym razem nawet nie szukaliśmy specjalnego miejsca, rach ciach dyskretnie na parkingu zmyliśmy z siebie sól i pot, przebraliśmy się i ruszyliśmy w stronę domu. 

Autostrada zaczęła się korkować dopiero przed Faenzą, więc uciekliśmy z niej w Forli i dzięki temu ostatnia część trasy, była miłym zakończeniem naszej podróży. 

To plażowanie było doskonałym pomysłem. Złapaliśmy oddech po zachłannym wojażowaniu minionych dni i dotarliśmy do domu o przyzwoitej porze. 

Wieczorem siedząc przy zamówionej z pizzerii pizzy nie dowierzaliśmy, że nasz tak bardzo wyczekana podróż właśnie dobiegła końca.

Tu jeszcze raz wszystkie rolki z naszej małej wielkiej wyprawy:

ROLKA 1

ROLKA 2

ROLKA 3

ROLKA 4

ROLKA 5

A zdjęć z ostatniego dnia i znad Lago di Bomba jest tyle ile w dzisiejszym wpisie.

Buona giornata! 

Dom z Kamienia podróż do Abruzzo

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Opublikuj komentarz

Autorka bloga

Mam na imię Kasia i jestem autorką tego bloga. Jeśli chcesz poznać mnie bliżej, odwiedź stronę "O mnie"
WSPARCIE

Poprzednie wpisy

Archiwum bloga

(Wpisy z lat 2012-2025)​

Wesprzyj bloga

Będzie mi bardzo miło jeśli moją twórczość wesprzesz na PATRONITE. Pisanie książek, prowadzenie bloga, fotografowanie i pokazywanie włoskiego życia jest moją największą pasją. Żeby jednak pozwoliło mi przetrwać i nadal pisać potrzebuję Twojego wsparcia. Będę odwdzięczać się nową treścią i zdjęciami każdego dnia. Dziękuję.
WSPARCIE
Social Media