Dziś rano i ciąg dalszy opowieści - Scanno
Dziś przy śniadaniu:
– Czy ty sobie zdajesz sprawę, że my tydzień temu jedliśmy śniadanie na Campo Imperatore? – wyplułam z siebie porcję poabruzyjskiej nostalgii.
– Davvero… – zamyślił się razem ze mną.
– Tak na tę podróż czekaliśmy, a tu już tydzień minął.
W tym miejscu dwa słowa wyjaśnienia, bo niektórzy widząc teraz codziennie moje rolki, życzą nam dobrej zabawy. Z Abruzzo wróciliśmy we wtorek przyzwoitym wieczorem. W czasie podróży nie było mnie w social mediach, poza dwoma udostępnieniami polecajki nowej książki. To jest moja zasada od zawsze – jeśli jestem w podróży – żyję podróżą, na rolki przychodzi czas już po jej zakończeniu. Co swoją drogą jest bardzo miłe, bo to jak ponowne jej przeżywanie. I tak oto dziś wracamy do zeszłej niedzieli i do zachwycających Gole del Sagittario, a w nich na początek – miasteczko fotografów – klimatyczne Scanno.
Ta niewielka mieścina otulona dziewiczą zielenią Gole del Sagittario przycupnęła na skalnej ostrodze na wysokości 1050 m n.p.m.
Prawdopodobnie pierwsza osada istniała tu już w czasach rzymskich, ale dopiero w XIX i XX wieku Scanno zostało rozsławione na cały świat, dzięki fotografom, którzy zaczęli przybywać w te strony oczarowani wyjątkowością abruzyjskiego miasteczka. Uwiecznili je w swoich kadrach Henri Cartier – Bresson, Mario Giacomelli, a dla słynnego Eschera zakamarki, schody i wąskie uliczki Scanno stały się inspiracją do jego rozpoznawalnych na całym świecie grafik.
Wśród wszystkich miejsc, które w tej podróży odwiedziliśmy, Scanno obok Rocca Calascio, było najbardziej turystyczne, jednak trzeba pamiętać, że to wciąż nie jest tak masowa turystyka jak na przykład w San Gimignano, Cinque Terre czy nad Gardą. Abruzzo szczęśliwie nie jest wygodną dla turystów destynacją.
Przespacerowaliśmy się większością wąskich, ciemnopopielatych uliczek, niektórymi nawet dwa albo trzy razy, zaglądaliśmy na placyki, gasiliśmy pragnienie przy fontannie, analizowaliśmy układ okien, schodów, gzymsów i trudno nam było nasycić oczy, bo wszystko było piękne – chropowato piękne…
Serce Scanno i siła przyciągania
Tuż obok Scanno znajduje się największe i przy okazji najsłynniejsze naturalne jezioro Abruzzo. Tym, co zapewniło mu sławę jest jego niebanalny kształt – ma ono bowiem formę „serca”. Rzecz jasna nie mogliśmy odmówić sobie skromnego trekkingu od miasteczka, aż do punktu widokowego, tym bardziej, że już sama nazwa szlaku była zachęcająca: szlak serca.
Jeśli jednak mowa o sercu… Umówmy się! Trzeba bardzo chcieć je zobaczyć, być może sprawę ułatwiłby też dron, bo z wspomnianego punktu panoramicznego… widok był piękny, ale z tym sercem to sprawa mocno naciągana. Nawet my, prawie lub tuż po pięćdziesięciolatkowie, którzy serca widzą, wyśpiewują, układają, wydrapują i malują wszędzie, przebijając w tej dziedzinie cały pułk nastolatków, musielibyśmy wypić niejedno prosecco i przymknąć nieco oko, żeby to słynne serce Scanno zobaczyć.
Jest na pewno jedna pozytywna rzecz w szlaku prowadzącym do punktu widokowego – można stąd podziwiać Scanno w pełnej okazałości.
Tak czy inaczej spacer udał nam się pięknie, a po punkcie widokowym zjechaliśmy nawet nad samo jezioro, żeby posilić się skromną kanapką i złapać chwilę oddechu.
Jezioro Scanno było o wiele bardziej turystyczne niż samo miasteczko. Świadczył o tym problem z zaparkowaniem auta, cena za kanapkę bez smaku i kolejka do toalety. Byliśmy widzieliśmy, a tuż obok odpoczęliśmy nad innym jeziorem, zdecydowanie bardziej urokliwym.
Villalago oraz jezioro i pustelnia świętego Dominika
Naszym następnym punktem wycieczki miało być jezioro świętego Dominika i jego pustelnia. Nim jednak do niego dotarliśmy, postanowiliśmy przystanąć w Villalago – maleńkiej osadzie zawieszonej pomiędzy Scanno i San Domenico. Tu klimat był o wiele spokojniejszy, tu turyści się już nie fatygowali, a szkoda (nie szkoda!), bo miejsce naprawdę warte jest uwagi.
Cała gmina Villalago liczy tylko 490 mieszkańców. Miasteczko usytuowane jest na prawie 1000 m n.p.m., więc już sama jego pozycja przykuwa uwagę. Często nazywane jest miasteczkiem jezior, bo poza Scanno i San Domenico jest tu też mniejsze Lago Pio.
Spod kamiennej, okrągłej wieży można podziwiać wspaniały widok na najpiękniejsze według mnie – szmaragdowe jezioro i pustelnię świętego Dominika.
Po intensywnym poranku zaczęła nas dopadać senność. Zostawiliśmy więc Villalago, wróciliśmy do głównej drogi i już chwilę potem zaparkowaliśmy w najbliższym możliwym miejscu tak, aby Lago di San Domenico zobaczyć z bliska i oddać się leniwej drzemce na jego brzegu.
Nim jednak podarowaliśmy sobie chwilę relaksu, najpierw przeszliśmy przez most nad tamą, zajrzeliśmy do kościoła oraz do groty, w której podobno święty żył przez sześć lat, a potem pospacerowaliśmy wzdłuż jeziora aż do punktu widokowego, skąd można było wspomniany most i kościół pięknie sfotografować.
Tu zatrzymam się dziś w moim bajaniu, bo obowiązki depczą mi po piętach. Tych, którzy mają niedosyt, jak zawsze zapraszam do oglądania reel, a kolejny odcinek opowieści już w poniedziałek.
Dobrego weekendu!



2 komentarze
Pięknie! To jest właśnie TO co najbardziej kocham w Italii. Dziękuję za piękne zdjęcia, miód na serce!
Cała przyjemność po mojej stronie <3