Capestrano
– Teraz mamy na liście Capestrano.
– Vai! Jedziemy do Capestrano.
– Tam jest stare borgo i zamek.
– I może tam coś zjemy…
W Capestrano życie toczyło się tak, jak lubimy, czyli kompletnie poza turystycznym szlakiem. W między czasie po lodowatym wietrze z przełęczy zostało już tylko wspomnienie. Gorąc zrobił się tak intensywny, jakby to była połowa lipca.
Rozejrzeliśmy się pobieżnie za jakimś przybytkiem, w którym można było zakleić dziurę w brzuchu i zaraz nasz wybór padł na lokalny sklep spożywczy, w którym chwilę potem poprosiliśmy o zrobienie dwóch kanapek. Mamy od początku tak ustalone, że obiad jest skromny, a dopiero na kolację się rozpieszczamy. Zjedliśmy nasze kanapki na ławeczce popijając piwem ichnusa tuż obok gigantycznego drzewa.
Chwilę jeszcze podeliberowaliśmy nad strategicznym ułożeniem planu na potem i zaraz ruszyliśmy w stronę zamku.
Castello Piccolomini miał być główną atrakcją tego przystanku, ale nie sprawdziliśmy dokładnie wszystkich informacji i na miejscu okazało się, że obiekt jest tymczasowo zamknięty.
Na pocieszenie postanowiliśmy obejść go wzdłuż murów, a potem przysiąść na chwilę w lokalnym barze.
Jakież jednak było nasze zdziwienie, kiedy kilka kroków dalej napotkaliśmy otwartą bramę. Niewiele myśląc wślizgnęliśmy się do środka.
Na środku kilka osób z kartkami w rękach inscenizowało jakieś przedstawienie. Sądząc po zwykłych ubraniach była to tylko próba. Nasza obecność musiała być nieszkodliwa, bo nikt nas od progu nie zawrócił, ani nie wyprosił, kiedy zaczęliśmy coraz śmielej wściubiać nos we wszystkie kąty…
Castello Piccolomini powstał w XIV wieku na resztkach ruin dawnej fortecy. Co ciekawe w XVI wieku zamek stał się własnością Medyceuszy.
Samo miasteczko natomiast słynie z tego, że to stąd pochodzi słynny symbol Abruzzo – Guerriero di Capestrano. Ponad dwumetrowa rzeźba została odnaleziona w 1934 roku. Nevio Pompuledio to posąg uzbrojonego mężczyzny w charakterystycznym kapeluszu z bardzo szerokim rondem. Statua pochodzi prawdopodobnie z VI – V wieku przed Chrystusem.
Pola maków i Grotte di Stiffe
Po przystanku w barze zaczęła dopadać nas senność. Sprawdziliśmy więc on line godziny najbliższego zwiedzania Jaskini Stiffe i zdecydowaliśmy, że najpierw drzemka w ustronnym miejscu, a potem dopiero kolejny punkt naszego programu.
Jechaliśmy malowniczą drogą wśród krwistych pól maków – czegoś takiego nie widziałam nigdzie indziej, ani ja, ani On. Nieprawdopodobny bezkres, nieprawdopodobne nasycenie.
Kiedy jednak dotarliśmy na miejsce senność na chwilę się rozwiała i zaraz z marszu ruszyliśmy do kasy biletowej. Zwiedzanie Grotte di Stiffe odbywa się tylko z przewodnikiem o wyznaczonych porach w grupach nie więcej niż 30 osobowych.
Przed wejściem trzeba założyć kask – te rozdawane są przed wyruszeniem w trasę i ubrać się cieplej, bo w grotach przez cały rok panuje ta sama temperatura – 9 stopni.
Cała trasa to 700 metrów w jedną stronę. Jest to niezwykła lekcja geologii – wędruje się przez komnaty i korytarze, podziwia się stalaktyty, stalagmity i wodospady, w tym jeden wysoki na 20 metrów!
Co ciekawe nauczyliśmy się też, że w grotach człowiek traci orientację jeśli chodzi o rozmiary. Okazało się, że metrowy na oko stalagmit w rzeczywistości mierzył trzy metry. To podobno dlatego – tak wyjaśniła przewodniczka – że w grocie nie mamy żadnego punktu odniesienia.
Niestety zdjęcia można było robić tylko w dwóch wyznaczonych przez przewodniczkę miejscach.
Drzemka i Bominaco
Po zwiedzaniu grot byliśmy padnięci. Praca i podróż dnia poprzedniego, noc na Campo, poranny trekking i wszystko to podlane upałem – zrobiły swoje.
Jednocześnie trzeba przyznać, że podróż furgoncino to luksus – przychodzi kryzys, więc parkuje się w ustronnym miejscu i z radością, z błogością oddaje się człowiek drzemce. Po takim przystanku znów jest jak nowonarodzony albo prawie nowonarodzony.
Kiedy On jeszcze dosypiał, ja zaczęłam wnikliwie przyglądać się naszej drodze do Santa Iona, gdzie na dwie noce wynajęliśmy małe mieszkanie. Okazało się, że niecałe pół godziny drogi dalej znajdował się jeden z zamków, który już dawno chcieliśmy zobaczyć. W ogóle ta podróż tylko potwierdziła to, co wiedzieliśmy wcześniej – Abruzzo to region castelli! Jest ich tu zatrzęsienie, więc od początku do końca czuliśmy się jak w raju.
Zamek Bominaco góruje nad osadą o tej samej nazwie. Wstęp do niego jest bezpłatny, nie ma tu godzin otwarcia i żadnej kasy biletowej. Są za to imponujące mury, wieża i zachwycający – jak niemal wszędzie – widok.
Przed zachodem słońca dotarliśmy do naszego Borgo i zaraz ruszyliśmy do jedynej w tym miejscu trattorii, żeby posmakować wreszcie wyczekanych arrosticini…
CDN…



3 komentarze
Ale macie fajnie🥰
Piękna ta Wasza podróż… Wejście na zamek w Bominaco gwarantuje fantastyczne widoki, ale to niepozorne Oratorium San Pellegrino rozwala system. Wnętrze jest tak piękne i poruszające, że tych obrazów nie sposób zapomnieć. A wracając z Campo Imperatore, płakałam, tak mnie wzruszyła ta przestrzeń…
Pozdrowienia, Ewa
Tak tak, było w planach, ale niestety zamknęli dokładnie w chwili, kiedy parkowaliśmy auto:(