Wieczór na Campo Imperatore
Kiedy wreszcie zjechaliśmy z głównej drogi i za tabliczką Campo Imperatore zaczęliśmy wspinać się coraz wyżej i wyżej, wypełniły mnie wzruszenie, oszołomienie i czysty zachwyt – dokładnie tak jak za pierwszym razem, kiedy zawitałam tu kilka lat temu. Do niektórych wspaniałości, wielkości i niezwykłości trudno się przyzwyczaić, trudno na nie zobojętnieć.
Teraz to wzruszenie było nawet silniejsze, bo szło pod rękę z niedowierzaniem.
Na Campo Imperatore dotarliśmy po 19.00 i na początek przejechaliśmy niemal całą jego długość, żeby znaleźć idealne miejsce na nocleg.
Jeszcze w połowie maja zalegały tu nieprawdopodobne ilości śniegu – w niektórych miejscach nawet do 5 metrów. Na nasze szczęście jednak ciepło ostatnich dni ze śniegiem się rozprawiło bezlitośnie i tylko tu i tam białe placki drażniły świeżą zieleń bezkresnych łąk, a wyżej zlewały się niemal w jedno z szarością skał.
Choć temperatura poleciała na łeb na szyję po letnim upale w czasie podróży, to jednak obyło się bez szoku termicznego.
Nim zacznę na dobre opowieść o pierwszym i drugim dniu naszych wakacji, najpierw dla przypomnienia zacytuję kilka fragmentów z dawnych wpisów:
wrzesień 2021
Poranek na Campo Imperatore i trekking targany wiatrem
Kiedy się obudziliśmy, pierwsze światło zaczynało powoli rozpraszać mrok, choć noc na Campo Imperatore wcale nie była czarna. Termometr wewnątrz pokazywał 16 stopni, na zewnątrz 9. Corno Grande – czyli najwyższy szczyt Apeninów, w tłumaczeniu na język polski „wielki róg”, powoli oblewał się rumieńcem. Słońce schowane było jeszcze za szczytami, które przed nami zamykały płaskowyż, ale jego łuna już malowała skały i śnieg na malinowo.
Po naszym wyczekanym śniadaniu… – nawiasem mówiąc to jest prawdziwy luksus: zjeść jogurt czy kefir z płatkami, migdałami i owocami, popić świeżo zaparzoną na palniku kawą, nie jakiś tam resort spa, gwiazdki, Bóg wie co!
A zatem po naszym wyczekanym, wymarzonym śniadaniu podjechaliśmy do samego obserwatorium i dalej ruszyliśmy szlakiem w górę, w kierunku schroniska Duca degli Abruzzi. Przystawaliśmy jednak co kilka kroków, nie tylko dlatego, że wiatr dął z całą mocą, ale też dlatego, a może przede wszystkim – żeby podziwiać krajobraz, jaki rozciągał się z wysokości 2300 m. n.p.m.
Pełen zachwyt!
Rocca Calascio
Po naszym kilkukilometrowym trekkingu wróciliśmy do auta i ruszyliśmy w stronę Calascio. On bardzo chciał zobaczyć Rokkę, której nie widział w czasie swojej pierwszej podróży na Campo, a ja cieszyłam się, że wrócę do tego legendarnego miejsca razem z Nim.
Tu znów przytoczę swój wpis sprzed lat, żeby przedstawić to miejsce tym, którzy jeszcze o nim nie słyszeli:
Ruiny zamku stały się nie raz planem filmowym. Miejsce jest też chyba jednym z najchętniej odwiedzanych w całym Abruzzo, a sam zamek został przez National Geographic zakwalifikowany jako jeden z piętnastu najpiękniejszych zamków świata. I choć ja „świata” nie widziałam, to myślę jednak, że nie ma w tym grama przesady.


