Powrót do codzienności
Środa po naszym powrocie uruchomiła wszystkie demony, żeby nas przywrócić do rzeczywistości. Takie przynajmniej miałam wrażenie. Obydwoje tonęliśmy w milionie spraw, a ja do tego tonęłam dosłownie, to znaczy moja cantina tonęła po nocnej ulewie. W nocy przyszło takie oberwanie chmury, że położyło na ziemi moje oleandry, niektóre studzienki wybiły z całą mocą, a huk wody wypędził z głów sen, którego po podróży jednak bardzo potrzebowaliśmy.
– Wiedziałem, że dopadnie nas kryzys, ale nie przypuszczałem, że aż tak – napisał w ciągu dnia.
Kryzys dopada nas zawsze w poniedziałek rano po weekendzie spędzonym razem, po czasie tylko dla nas, bez budzika, bez obowiązków… Do przewidzenia więc było, że po prawie 5 dniach razem non stop, środa łatwym dniem nie będzie, nawet bez zalanej cantiny i natłoku pracy.
Miniony tydzień w ogóle był trudny, choć paradoksalnie zaczął się w środę i zwykły weekend nie wystarczył, żeby baterie naładować na 100%. Powiedzmy, że musieliśmy włączyć tryb oszczędzania energii i tak zaszyliśmy się w nieznanym zakątku moich Apeninów. Moja Druga Para Hoka znów pokazała mi skrawek raju, o którym nie miałam wcześniej pojęcia.
Pozzo di Smeriglio
Pozzo to po włosku studnia, ale pozzo nazywane są też naturalne niecki rzeczne. Wzdłuż naszego Lamone jest ich wiele – te łatwo znaleźć, bo obok rzeki biegnie większa część drogi 302. Warto jednak wiedzieć, że Lamone jest też zasilane przez górskie potoki i te często ukryte są poza turystycznym szlakiem. Pozzo di Smeriglio (o Smeriglio pisałam kilka miesięcy temu przy okazji innej wyprawy na Dwie Pary Hoka, ale też przeczytacie o nim w mojej nowej książce ) oraz opadająca tu perlistymi kroplami źródlanej wody kaskada to prawdziwy, ukryty skarb naszego Appennino. Znaleźć to miejsce przypadkiem jest chyba niemożliwe. Nie prowadzi do niego żaden oznaczony szlak. Trzeba tuż za Crespino obrać szutrową drogę w stronę Biany i tam na jednym z zakrętów wypatrzeć wydeptaną dróżkę, która będzie drapiąca jeżynami i kostropata, ale na wytrwałych na jej końcu będzie czekała prawdziwa nagroda.
W takich miejscach czas się zatrzymuje… Rozłożyliśmy się u stóp wodospadu z chłodnym piwem i z piadinami kupionymi w słynnej baracchinie w Crespino. Słońce zaczynało prażyć coraz mocniej. Woda chlupotała, szemrała nieco nostalgicznie przywołując wspomnienia, a kiedy ucichły nasze rozmowy jej szmer był jedynym dźwiękiem, który z czułością mącił ciszę Apeninów.
***
Od naszej podróży minęło już wiele dni, moje bajanie o Abruzzo dobiegło końca. Dziś już czwartek i zaraz nowy weekend, a tymczasem czeka mnie dziś fotograficzne działanie – po raz pierwszy z nowym Nikonem, więc kciuki mile widziane, tym bardziej, że już dojechanie na miejsce jest wyzwaniem… Oto dziś w Italii strajk generalny TRENITALIA! – Potrzebne więc podwójne kciuki.
Dobrego dnia!


