Co robią lipy w październiku?
W południe szłam do Marradi, czy też – jak to zwykle bywa – gnałam świńskim truchtem, bo poniedziałek od lekcji pęka w szwach, a tu jeszcze Lucy trzeba było wyprawić znów do Bolonii, więc te zakupy to już całkiem były na wariata.
Tak czy inaczej wariat, nie wariat, nie można było nie zatrzymać się na moście i nie pogapić przez chwilę na lipy. To co się teraz dzieje z kolorami to ludzkie pojęcie przechodzi. Apeniny jeszcze z dominacją zieleni, ale na tym ich tle jeszcze bardziej wyróżniają się nasze marradyjskie szpalery lip. Powiedziałabym, że się złocą, czy też rdzewieją, ale to w sumie całkiem banalne, więc może bursztynowieją albo miodowieją? Uwielbiam zabawę w wymyślanie nowych słów!
Postałam chwilę na moście, żeby tym bursztynowieniem i miodowieniem czy może miodowaceniem lip oczy nacieszyć i zaraz znów wyrwałam z kopyta, bo na placu już czekała na mnie Lucy, której obiecałam dołączyć do mamusiowej wyprawki torbę świeżych kasztanów.
Coming out w małym, włoskim miasteczku
Z wiekiem nauczyłam się nie przejmować tym, CO POWIEDZĄ LUDZIE. Żyjemy w końcu dla siebie i to, co inni powiedzą, nie powinno mieć znaczenia, a ludzie zawsze będą gadać, zawsze…
Była tylko jedna sytuacja w ostatnich latach, kiedy to pytanie „co ludzie powiedzą”, na jedną sekundę znów zabrzmiało w mojej głowie. To była tylko sekunda, ale jednak…
Kiedy 1 marca 2024 Lucy spuściła na nas „bombę atomową” ze swoim coming outem i po głowie galopowało milion myśli, jedną z nich było… – może nawet nie tyle co ludzie powiedzą, ale jak ludzie to przyjmą???
Ta myśl była chwilowa, bo nie raz już miałam okazję przekonać się, że Marradi choć „małomiasteczkowe”, to jednak bardzo tolerancyjne i „otwarte”.
Najbardziej tylko martwiłam się o Lucy, czy nie spotkają jej żadne przykrości, czy ludzie uszanują i będą traktować ją z godnością.
Co ciekawe wiadomość wcale nie rozeszła się lotem błyskawicy – a taką miałam nadzieję… Potrzeba było czasu. Na szczęście żadne niemiłe zdarzenie nie miało miejsca. Być może szeptane były słowa nieżyczliwe, ale do naszych uszu nigdy nie trafiły.
Dlaczego dziś o tym piszę?
Otóż w czasie niedzielnej sagry, Lucy miała okazję spotkać swoją nauczycielkę ze szkoły podstawowej i inną szkolną znajomą. Ich utulenie Lucy do serca z pełną akceptacją, ciepłem i naturalnością było wzruszające. Jestem kolejny raz miło zaskoczona. Mój lęk w tej kwestii był zupełnie niepotrzebny.
Przy okazji też zwrócę uwagę na jeden wcale nie drobiazg, o którym też przypominam wszystkim z naszego otoczenia – nie przypominajcie osobom w tranzycji ich dawnego imienia, w ogóle go nie wymawiajcie. To naprawdę je boli.
Zrobiło się późno, a ja mam jeszcze milion spraw do zrobienia przed pójściem do łóżka, więc dobrej nocy!



2 komentarze
Wszystkiego dobrego dla Waszej Trojeczki 🍀🍀🍀
To ostatnie zdjęcie na okładkę bloga. Jest piękne! Pozdrawiam, Kasia praska