Skład
O poranku w kuchni Domu z Kamienia jestem tylko ja i Moja Druga Para Hoka, śniadanie jak każde inne niedzielne, tylko na większym luzie, bo nikt nie spieszy się do pracy. W pewnym momencie wylęga się ze swojego pokoju Mikołaj – wylęga się tylko po to, żeby obwieścić, że on to tak w ogóle na obiad jest u Cateriny.
Acha… No dobrze…
– Klasyka – śmieję się patrząc na Niego.
Mikołaj dosypia, Lucy to w ogóle jeszcze w głębokim śnie, On jedzie spędzić pół świątecznego dnia z rodziną, ja zakładam krótkie portki i idę do ogródka. Wreszcie coś się na tym skromnym poletku zadzieje.
Ostatecznie do obiadu siadamy z Lucy we dwie. Obiad pyszny, ale bez napinania się, bez miliona rzeczy w menu. Część zostawiam na wieczór, kiedy będziemy we czworo.
Pogoda jest bajeczna, więc po zjedzeniu obiadu, po serniku i po obowiązkowej kawie idziemy z Lucy na dłuuugi spacer. Może tak musiało być. Taki spacer był nam potrzebny.
Miał być trekking, ostatecznie jest spacer.
– Nie rób takich min! – Lucy celuje we mnie moim własnym Nikonem i przedrzeźnia mnie wykrzywiając się w teatralnym uśmiechu – zrób zeza, będzie przynajmniej śmiesznie.
Robię zeza. Ptaki trajkoczą jak oszalałe. Jaszczurka przemyka pod moim tiulem.
– A teraz pokaż jakie masz mięśnie! – Lucy wydaje kolejne komendy – oj wysil się! Bardziej!
Prężę się niczym Hulk na wielkim pniu.
Orchidee, rzeka i ważne pytania
Idziemy wolniutko, bo Lucy wciąż przystaje i coś fotografuje.
– Popatrz ile dzikich orchidei!
Łąki apenińskie robią się fioletowe.
Po 4 kilometrach dochodzimy do miejsca, w którym można zejść, czy też raczej zsunąć się nad wodę.
Chwilę później siedzimy już nad potokiem. Szmaragdowa woda chlupocze przelewając się przez kamienne koryto…
– Gdybyś mogła posiadać jakąś super moc, to co byś wybrała? – pyta Lucy.
– Ha! To jest pytanie w stylu tych, jakie zadaję moim uczniom w czasie konwersacji. Wiesz… To trudne pytanie, bo tak banalnie i szlachetnie mogłabym odpowiedzieć, że uzdrawiać ludzi, ale wyobrażasz sobie, co to by się działo? Albo żeby móc się teleportować, ale to z kolei odarłoby podróżowanie z ogromnej przyjemności smakowania drogi. Czytać w myślach bym nie chciała, podróżować w czasie też nie, bo mogłoby się okazać, że zamiast żyć tu i teraz daję się wkręcić w jakąś machinę czasu… No dobrze! To ja chyba chciałabym umieć latać… – Lucy na tę odpowiedź wymownie przewraca oczami – no tak, dla ciebie jestem zbyt banalna. A ty?
– Tak! Jesteś banalna! Ale latać jako człowiek, czy jako ptak?
– Jako człowiek.
– A ja bym chciała móc się zamieniać w zwierzęta.
– To ciekawe.
– I mogłabym się zamienić w ptaka i latać, widzisz? To zadaj mi teraz ty jakieś pytanie, które zadajesz swoim uczniom.
– Gdybyś była żywiołem albo zjawiskiem atmosferycznym, to czym byś była? Bo ja byłabym ciepłym wiatrem w pogodny, upalny dzień.
– A ja byłabym dniem zimowym, kiedy jest śnieg, słońce i wiatr ten śnieg podrywa do tańca.
– Gdybyś mogła zmienić tylko jedną rzecz w swoim życiu? Co by to było?
– To bez sensu. Nic.
– Wiem. Ja też nic, lepiej nic, bo nawet banalna zmiana mogłaby spowodować, że wiele z tego, co piękne, w ogóle by się nie wydarzyłoby. Na przykład, może gdybym skończyła studia, dziś nie byłabym we Włoszech…
– I nie miałabyś mnie… Biedna Buba…
– I nie miałabym ciebie… I może nie byłoby Jego…
– Jakim zwierzęciem chciałabyś być? – kolejne pytanie rzuca Lucy.
– Na pewno jakimś ptakiem. Może żurawiem? – zastanawiam się na głos – och jednak nie, bo one lecą w kluczu, a to jak wycieczka zorganizowana. Lepiej orłem, chyba nie jestem zbyt wymagająca?
– Jakim orłem?
– No jak to jakim? Królewskim. Z Abruzzo.
– Phi! – prycha Lucy – ja jestem ciekawsza, byłabym szopem. A gdybyś mogła cofnąć się w czasie – przychodzi jej do głowy kolejne pytanie – i spotkać samą siebie, to co byś sobie powiedziała i w jakim wieku chciałabyś się spotkać?
– Ja sobie samej w wieku kilkunastu lat, może dwudziestu i powiedziałabym: nie martw się, kiedyś będziesz bardzo szczęśliwa i w twoim życiu wydarzy się dużo pięknego. Nie załamuj się, bo będzie przede tobą wiele trudów, ale one miną, to znaczy ty je przetrwasz.
– A ja…
– O matko… A ty samą siebie byś przyprawiła o zawał serca. Co byś powiedziała?
– Nie rozumiesz… Ja bym nic nie powiedziała, ja bym się tylko pokazała samej sobie jedenastoletniej i to byłby bardzo szczęśliwy moment. Nic nie musiałabym mówić.
Ścisnęło mnie w gardle…
Idziemy dalej… Motyle fruwają nam nad głową, orchidee kwitną, słońce przyjemnie grzeje. Jest piękny dzień. Dobry dzień.
Zapowiedź i prośba
Moja Pasqua była inna niż wszystkie, inna z wielu powodów. Czas rozmów, czas na przemyślenia, czas na pracę, na wędrowanie, czas dla siebie…
O tym jak potoczyła się Pasquetta, czyli wielkanocny poniedziałek, opowiem już jutro, a na start nowego tygodnia mała prośba.
Z prywatnych wiadomości i komentarzy na blogu wiem, że bardzo podobał Wam się pierwszy podcast z moim udziałem. I tu wielka prośba – musimy dać pożywkę algorytmom – takie prawa internetu, więc jeśli znajdziecie chwilę i dodacie komentarze bezpośrednio pod podcastem na Spotify i YouTube będzie nam bardzo miło.
Witajcie poświątecznie i pięknej reszty dnia!
Linki: https://open.spotify.com/show/1JqLJKPhwcnCp5ER20S0D2



2 komentarze
Lucy jest niesamowita. Z tym wracaniem w czasie do siebie sprzed lat – wzrusz na całego ❤️❤️❤️
Tak, pieknie to powiedziane, i ciekawa jestem ogromnie dlaczego akurat szop.
Pozdrawiam przeserdecznie Was wszystkich 🙂
Milena