Dobry moment
W poniedziałek wielkanocny – w Italii nazywany Pasquetta – większość osób rusza w teren, szczególnie jeśli pogoda jest taka, jak w tym roku, czyli wiosna łamana przez lato. Tę – tym razem niemal przydomową – wyprawę zaplanowaliśmy kilka dni wcześniej. Lucy wracała do Bolonii, a Mikołaj musiał pracować, więc i tak nikt by za mną nie tęsknił. Zgodnie uznaliśmy, że to idealny moment, żeby powrócić do opuszczonej stacji Fornello – idealny, bo nagle zrobiło się rozkosznie ciepło, ale listowie jeszcze przez chwilę nie ogranicza widoczności i można pozostałości stacji i dawnych kamieniołomów sfotografować w najpiękniejszym anturażu.
Fornello - opuszczona stacja i kamieniołom
Opuszczona stacja Fornello to jedno z najniezwyklejszych miejsc naszego Appennino i prawdziwa uczta dla wielbicieli archeologii industrialnej. Po tym, jak zawitałam w te strony po raz pierwszy w listopadzie 2017 roku, nie raz powtarzałam, że koniecznie muszę tam wrócić, żeby przeczesać ten teren z większą uwagą i wnikliwością. To „muszę wrócić” trwało dziewięć lat i zmaterializowało się w postaci kolejnej pięknej wyprawy właśnie w poniedziałek wielkanocny.
Przy pierwszej wyprawie – kiedy szlak był świeżo wytyczony i oznaczony prowizorycznie – całą energię spaliliśmy na odszukanie tego miejsca, co wcale nie było łatwe i ostatecznie nie dotarliśmy już do kamieniołomów. Nasze zwiedzanie ograniczyliśmy do oglądania zabudowań i resztek wózków oraz innych pozostałości maszyn, służących kamieniarzom i budowniczym pracującym przy budowie linii kolejowej.
Tak pisałam o tym miejscu w 2017 roku:
Gdzie diabeł nie może...
Uwielbiam w nim to, że ogląda wszystko wnikliwie, że wędruje ze mną po torach i ekscytuje się na widok porzuconych wózków, że tłumaczy i zgłębia, że zadziwia go tyle rzeczy i tryska dziecięcym entuzjazmem. Uwielbiam w nim to wszystko i on dokładnie to samo uwielbia we mnie.
Tory prowadzą do kamieniołomów, węsząc tu i tam próbujemy odtworzyć ich pętlę, w niektórych miejscach w środku wyrosły już drzewa – to uświadamia upływ czasu.
Jest południe na płaskim kamieniu rozkładamy się z naszym piknikiem. Na „stole” lądują schiacciaty i piwo. Jest błogo, sielsko, pięknie.
Schodzimy znów na tory. Po prawej stronie patrząc w stronę Florencji stoi wieża wodna. Można wejść na górę, ale schodki zaczynają się gdzieś na wysokości dwóch metrów…
– Chcesz wejść? – pytam, kiedy ściąga plecak i z szubrawym uśmiechem poprawia koszulkę.
Chwilę potem ze zwinnością małpy jest na górze i uśmiecha się do mojego obiektywu.
– Zaraz zejdę tylko sobie pooglądam, dobrze?
On ogląda górę, ja fotografuję dół, wieżę zdobi kilka całkiem ładnych murali.
Po drugiej stronie jest budynek stacji. Od ostatniej mojej wizyty zmieniło się to, że okna i drzwi zostały zamurowane.
Obchodzimy budynek dookoła. W ostatnim zamurowanym oknie ktoś wyciągnął kilka cegieł. Przez chwilę patrzymy na siebie porozumiewawczo, a zaraz potem on jak węgorz wślizguje się do środka. Ja oczywiście zaraz za nim. Dobrze, że są z nas dwa „szczupaki” – to tak pozostając w temacie ryb…
– Przecież to nie my… Jeśli już ktoś zrobił otwór, to grzech z niego nie skorzystać – mówi, żeby dodać mi odwagi.
Włączamy latarki i myszkujemy najpierw w podziemiach, potem przeczesujemy parterowe izby, a na koniec wchodzimy na półpiętro i zachwycamy się barierką.
– Myślisz, że dalej jest bezpiecznie?
– Mah… – patrzy na dziurę w stropie i kręci głową. Dalej już lepiej nie.
Wychodzimy znów na zewnątrz i powoli kierujemy się szlakiem w dół piejąc przy tym zachwyty nad naszą wyprawą, brawurą, psotami, przeskokami, szperaniem, dawnymi czasami, budzącą się zielenią.
Przechodzimy znów przez mostek. On idzie z przodu, a tym razem ja przystaję zaciekawiona, bo wąziutka niby ścieżka odbija stromo w górę. Jeszcze jedno porozumiewawcze spojrzenie i chwilę później wspinamy się kolejny raz – dla odmiany po murze, który niczym tor bobslejowy dla gigantów wije się po naturalnych tarasach Apeninów. Zupełnie jakby ktoś chciał wymurować koryto stromego górskiego potoku, czy też wodospadu.
– Co ty mi każesz robić??? – śmieję się i wpinam palce pomiędzy kamienie.
– Haha! – śmieje się uradowany ze swojego selfie ze mną w tle – wyglądasz jak spider!
Idziemy aż do samej góry i chwilę potem znów jesteśmy pod kamiennym mostem kolejowym. Znów podekscytowani jak dzieci.
– Ktoś chyba wymyślił cię specjalnie dla mnie… – mówi patrząc mi w oczy z mieszanką radości i wzruszenia.
– Mogłabym powiedzieć to samo…
Nasza wyprawa dobiega końca. Jest przewspaniale. Nie mogłoby być piękniej.
– Czujesz jakie ciepłe powietrze? To już nawet nie wiosna, to lato.
Otwieram usta, żeby zaproponować pierwsze w tym roku lody, ale on jest szybszy…
– To idealny dzień na gelato!
– Ty wiesz co właśnie chciałam powiedzieć, prawda?
Na lody jedziemy do Scarperii, ale wcześniej…
CDN…
Ps. ROLKA. https://www.instagram.com/p/DW0lOaADEcZ/



8 komentarzy
Ile w tej opowieści jest emocji , ile miłości , niesamowitego , wyczuwanego przez ekran boskiego napięcia !! I to wspaniałe męskie ramię ..
Spider donna 😄🎉🤗
Czytając, uśmiechałam się do siebie. Jest w nim pięknym, bo pięknie jest mieć obok kogoś z kim nawet pionowa ściana jest do zdobycia. Kolejnych ciekawych szlaków.Niech Wasze uczucie kwitnie.
To jak odkrywanie nieznanych, zapomnianych światów. Jedni lecą w kosmos, inni potrafią je odkryć pod samym nosem. Fascynujące zdjęcia, piękne dzięki ze szczyptą zazdrości:) i prośba o więcej takich rarytasów!
Czyta się jak książkę od której ciężko się oderwać. Tylko za szybko się kończy. Super!
Ach…
Pani Kasiu pięknie się czyta. Też lubię miejsca w których można puścić wodze wyobraźni 🙂. A wyznanie ” Ktoś chyba wymyślił Cię specjalnie dla mnie” jest chyba najpiękniejszym jakie słyszałam.
Pozdrawiam dwie pary Hoka
Ach…