Dynie i inne takie
Już od kilku ładnych dni niektóre domy, zwłaszcza te, w których mieszkają małe dzieci stroją się na okoliczność Halloween. Mnie samej wydaje się jakbym ledwie wczoraj przygotowywała ciasteczka paluchy wiedźmy, a tu szast prast i o ciasteczka już nikt nie prosi i nikt się w domu nie przebiera. Mikołaj tylko dynię ze swoją Cateriną wydrążył i pewnie sami jakieś słodkości sobie przygotują, bo u nich to już wręcz weekendowy rytuał.
Lucy znów ruszyła szturmem do egzaminów. Nazbierało się trochę zaległych spraw, bo ostatnie miesiące drugiego roku były niekończącym się depresyjnym koszmarem, więc o uczeniu się nie było nawet mowy. Jeśli ktoś myślał, że tranzycja była naszym jedynym karkołomnym przejściem, to niestety jest w błędzie. Mam nadzieję, że teraz wskoczy na dawne tory i będzie mogła się realizować tak jak sobie postanowiła i spełniać swoje marzenia.
Ja natomiast znów jestem siłaczką. Staję na głowie, żeby ten mój okręt sunął do przodu i nie podzielił losu Titanica. Łatwo nie jest, ale jakoś daję radę.
Ponadto w ostatnich miesiącach dzieje się wiele i najwspanialsze jest to, że ogromnym wsparciem są mi dzieci. To chyba, bardziej niż cokolwiek innego, uświadamia mi, że mam w nich już dorosłych przyjaciół. Wielki to skarb. Mimo młodego wieku, w wielu życiowych kwestiach mają w sobie niezwykłą mądrość i wrażliwość.
W ogóle to myślę sobie, że ostatnie dwa lata mojego życia to materiał nie na jedną, a na conajmniej dwie książki. Kto wie…
Listopad
W zeszłym roku przywitałam listopad jednodniowym wyjazdem do Viareggio. Na świecie panowało wtedy prawdziwe lato. Wtedy jeszcze zupełnie nieświadoma, nie przypuszczałam, że już za chwilę zacznie się przetaczać przez moje życie jeszcze jedno tsunami, a nawet kilka takich tsunami, o zdecydowanie mniejszej sile rażenia niż to z 2024 roku, ale jednak…
Listopad od lat już mnie nie napawa grozą. Italia nauczyła mnie lubić ten – z definicji – podły miesiąc. Dziś lubię listopad. Lubię za ten stan zawieszenia pomiędzy chaosem kasztanowym i furią Bożego Narodzenia. W listopadzie nic nie trzeba, w listopadzie trzeba się tylko postarać mieć dobry humor.
Weekend pogodowo zapowiada nam się pięknie. Ja planów nie mam żadnych… To znaczy może i mam, ale tak nieśmiałe, że nawet strach dopuścić je do głosu. Będzie co ma być!
Dobrego dnia, dobrego weekendu, dobrego listopada, a tymczasem październik w migawkach.



2 komentarze
Dobrego listopadowego humoru, jesień piękną porą roku bywa….
Jak to: „może i mam”? Jak nie powiesz głośno, to się nie spełni. A jak już wypowiesz na głos, to nie ma odwrotu! 😀 Pozdrawiam. Hanka