4 grudnia, 2025

Via degli Acquedotti – w pojedynkę słaby pomysł

Niewiele myśląc zaczęłam biec ile sił w nogach oddalając się tym samym od mojego szlaku. Serce łomotało mi tak, że nie słyszałam własnych myśli. Psy mnie nie widziały, ale wyczuły moją obecność. Gdyby mnie zobaczyły, stałabym jak słup soli. Wiem, że nie wolno uciekać, ale gnałam jak szalona, bo wiedziałam, że była to jedyna szansa na ratunek - zaufać własnym nogom.

Co znajdziesz w tym artykule?

Perfekcyjny początek

Start w ten marsz miałam jak malowany – jak malowany w dosłownym znaczeniu tego słowa oraz w przenośni. Idealny, zgodny z planem, pełen emocji, bez spóźnionych pociągów z pogodą godną zaawansowanego kwietnia…

Dotarłam do Pizy o 9.28, kiedy zaczynano montować świąteczną wioskę i kiedy Lungarni – moje ulubione – przeglądały się w Arno jak w lustrze. 

Okrężną drogą – przez chwilę myślałam, żeby wstąpić na plac cudów – dotarłam na Piazza delle Gondole, gdzie normalnie się kończył, a w moim przypadku brał początek zaplanowany na środę Szlak Akweduktów. 

Tam nijak nie mogłam znaleźć żadnego drogowskazu, więc dopiero dzięki uprzejmości jednego z przechodniów, po kilkunastu minutach znalazłam się na szlaku. 

Choć liczyłam się z tym, że mój plan trekkingowy na środę jest bardzo „hop do przodu”, to jednak nie przypuszczałam, że aż tak – otóż pierwszy drogowskaz informował o tym, że do Lukki powinnam dotrzeć po blisko 8 godzinach marszu. Problem w tym był taki, że do ściemniania się pozostawało 6 i pół godziny. 

Stwierdziłam, że kto jak kto, ale ja dam radę, odpalę mój krok z turbo doładowaniem, na nizinie będę trochę biec i wszystko się uda. 

Trekking w Toskanii, Dom z Kamienia blog Kasi Nowackiej
Trekking w Toskanii, Dom z Kamienia blog Kasi Nowackiej

Wilki

O samym szlaku napiszę jutro, teraz tylko o tym, co sprawiło, że do dziś jestem lekko zdewastowana i o tym dlaczego tego właśnie szlaku nie powinno się pokonywać obecnie w pojedynkę… 

Jak już pisałam, pomysł na wędrówkę narodził się spontanicznie. Tak naprawdę jeszcze kilka dni temu nie słyszałam nawet o Szlaku Akweduktów. Kiedy natknęłam się na informacje o nim, pomyślałam, że będzie to idealny dodatek do mojej książki i wspaniały pomysł na pierwszą samotną wyprawę poza moimi rewirami. Sama wędruję na codzień, ale są to wciąż wędrówki za bliższym lub nieco dalszym płotem. 

Po kilku kilometrach marszu po płaściutkiej nizinie Pizy, wzdłuż legendarnych Akweduktów, dotarłam do Asciano, małego miasteczka u stóp Pizańskich Gór. 

Tam postanowiłam zatrzymać się w barze i złapać na wynos jakąś kanapkę, bo jednak wędrowanie bez prowiantu nie było rozsądne, nawet jeśli ten prowiant musiałam spożywać w biegu. 

– Zdążę do Lukki przed zmierzchem? – zapytałam barmanki upychającej porcję sałaty w moim panino – mam dobry krok, jestem przyzwyczajona do chodzenia. 

Kobieta objaśniła co i jak, gdzie skręcić, jak iść, po czym dodała: 

– Tylko pamiętaj, żeby zmierzch nie zastał cię po drugiej stronie gór. Jest mnóstwo wilków.

– Słucham?

– Gazet nie czytasz? Wszędzie o tym piszą. Od trzystu lat nie było tu tylu wilków. Iść po ciemku to szaleństwo.

– Ale za dnia nic mi nie zrobią? 

– Nie powinny. 

***

Miałam dobry czas. Przerywając co jakiś czas mój marsz przebieżkami, udało mi się zaoszczędzić sporo czasu. Znalazłam się na kolejnym rozstaju i szlak w końcu zaczął opadać w dół, w kierunku Lukki.

I wtedy minęłam po prawej stronie zagrodzone przejście – zagrodzone zwykłą taśmą (!) – z kartką: WSTPĘP SUROWO WZBRONIONY. PSY DO OBRONY OPRZED WILKAMI NA WOLNYM WYBIEGU. 

Zmroziło mnie i poczułam jak mi krew odpływa. Przyspieszyłam kroku, żeby oddalić się jak najszybciej od tego miejsca, ale już kilka kroków dalej natknęłam się na jeszcze jedną taką samą tabliczkę. Krew nie zdążyła jeszcze do końca mi się skrzepnąć, kiedy rozległo się złowrogie szczekanie. 

Niewiele myśląc zaczęłam biec ile sił w nogach oddalając się tym samym od mojego szlaku. Serce łomotało mi tak, że nie słyszałam własnych myśli. Psy mnie nie widziały, ale wyczuły moją obecność. Gdyby mnie zobaczyły, stałabym jak słup soli. Wiem, że nie wolno uciekać, ale gnałam jak szalona, bo wiedziałam, że była to jedyna szansa na ratunek – zaufać własnym nogom. Jak na złość szlak w tym miejscu był stromy i kamienisty. Oczami wyobraźni widziałam już nagłówki gazet… 

Nie wiem ile biegłam, ale na pewno długo. Kilometr, może dwa. Zatrzymałam się dopiero jak szczekanie ucichło. 

Długo mi zajęło odzyskać oddech, a jeszcze dłużej wrócić okrężną drogą na szlak. Mięśnie nóg i stopy miałam zmasakrowane, czułam jak w łydkach łapią mnie skurcze… 

Maszerować mogę długo, ale nie biegam już od dawna, odkąd kiedyś przy maratońskich planach rozwaliłam kolano. To kolano też się oczywiście odezwało…

Najważniejsze jednak, że byłam cała i „zdrowa”. 

Do każdego trekkingu przygotowuję się na poważnie. Tak też było tym razem, nawet jeśli był to trekking spontaniczny. W żadnej relacji nie znalazłam jednak wzmianki o wilkach i psach. Dopiero po fakcie przeglądając artykuły na temat wilków na Monte Pisano doczytałam, że trasa ta nie jest zalecana do samotnego wędrowania… 

Uprzedzam pytanie: czy odechciało mi się samotnej wędrówki? – NIE. 

CDN…

Trekking w Toskanii, Dom z Kamienia blog Kasi Nowackiej
Trekking w Toskanii, Dom z Kamienia blog Kasi Nowackiej
Trekking w Toskanii, Dom z Kamienia blog Kasi Nowackiej

5 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Opublikuj komentarz

Chcesz wesprzeć moją twórczość?
Udostępnij w Social Mediach
Facebook
Twitter
Pinterest
WhatsApp

Autorka bloga

Mam na imię Kasia i jestem autorką tego bloga. Jeśli chcesz poznać mnie bliżej, odwiedź stronę "O mnie"
WSPARCIE

Poprzednie wpisy

Archiwum bloga

(Wpisy z lat 2012-2025)​

Wesprzyj bloga

Będzie mi bardzo miło jeśli moją twórczość wesprzesz na PATRONITE. Pisanie książek, prowadzenie bloga, fotografowanie i pokazywanie włoskiego życia jest moją największą pasją. Żeby jednak pozwoliło mi przetrwać i nadal pisać potrzebuję Twojego wsparcia. Będę odwdzięczać się nową treścią i zdjęciami każdego dnia. Dziękuję.
WSPARCIE
Social Media