Od Asciano Pisano w górę
Barmanka w barze parafialnym raz dwa przygotowała mi kanapkę i po tym, jak postraszyła stadami wilków, poinstruowała na spokojnie, gdzie znajdę wejście na szlak.
Od Asciano Pisano kończy się leniwy spacer po płaskim i zaczyna przeprawa przez Monti Pisani. Początek tej wspinaczki jest arcyciekawy, zwłaszcza jeśli ktoś interesuje się historią i archeologią industrialną. Pierwszy kilometr, a może nawet dwa tej trasy to fontanny i cysterny, a wszystko to w scenerii jak z bajki, w otoczeniu omszałych głazów, przy akompaniamencie szmeru wody.
Wspinaczka najpierw daje mocno w kość, a potem staje się leśną drogą i upiorne „pod górę” jest mniej wyczuwalne, aż dochodzi się do Campo di Croce – najwyższego punktu na trasie.
Ten początkowy etap przypomniał mi natychmiast GTE. Fragment Via degli Acquedotti też wyciska siódme poty i wymaga zwinności.
Od Campo di Croce do Vorno
Od Campo di Croce miało być już lekko i przyjemnie, ale o tym jak było i co się wydarzyło, pisałam dwa dni temu. Leśna droga na długi czas zmieniła się w karkołomną ścieżkę. Z jednej strony przeklinałam nowe buty, z drugiej błogosławiłam się w duchu, że jednak nie uległam sentymentom i Hoka zostały w domu.
O tym gdzie skręcić, co ominąć, na co uważać, będę oczywiście pisać w książce. Dopiero wtedy też chciałabym opowiedzieć szczegółowo o wszystkich atrakcjach.
Okrężną drogą przy pomocy GPS dotarłam w końcu do Vorno. Tam biłam się z myślami, czy przypadkiem już nie odpuścić ostatniego fragmentu akweduktów i nie ruszyć prosto do Lukki. Miałabym wtedy do pokonania jedynie 6 km. Moje stopu i nogi po gonitwie wołały o litość. Stwierdziłam jednak, że żywcem mnie nie wezmą i choćby nie wiem co, to się tak łatwo nie poddam. Skręciłam według instrukcji w ulicę, która w tym miejscu pokrywała się z Via Francigena i ruszyłam znów w górę w kierunku obserwatorium astronomicznego.
Droga zdawała się nie mieć końca.
W oddali majaczyła korona Alp Apuańskich. Gdzieś tam była nieszczęsna Tambura, która w sierpniu postanowiła mnie do siebie nie dopuścić.
– Jeszcze się spotkamy! – powiedziałam na głos. W ogóle w czasie całej wyprawy na głos mówiłam bardzo dużo. Zupełnie jak nie ja…
Akwedukt Lukki i powrót do domu
Dotarłam w końcu do ostatniego akweduktu, a tak naprawdę do całego systemu kanałów. Miejsce niezwykle sugestywne i mam nadzieję, że kiedyś tam wrócę, by nacieszyć się nim bardziej, bo w środę po południu moje nogi odmawiały już posłuszeństwa. Żeby przywrócić je do życia, weszłam nawet w największą rosę – nędzna próba zgaszenia bólu, która na niewiele się zdała…
Akwedukt Lukki zaprojektował Lorenzo Nottolini w 1822 roku na zlecenie Marii Luisy di Burbone. Spacer wzdłuż niego kończy, czy też tak naprawdę zaczyna Via degli Acquedotti.
Szłam zmęczona, ale uradowana. Mimo przygód, udało mi się zrealizować ambitny i nieco karkołomny cel. Do stacji brakowały 2 km, a do odjazdu pociągu godzina. Byłam prawie na mecie i to sporo przed planowanym czasem.
Kiedy już doszłam do autostrady, nad którą miałam przewędrować kładką, wyłonił się przede mną miły staruszek.
– Nie ma przejścia. Passarella jest w remoncie.
– Słucham??? – wytrzeszczyłam oczy – i co teraz? Jak można przejść na drugą stronę?
– Trzeba iść do mostu, tam dalej.
– Czyli ile drogi nadłożę?
– Niewiele… Jakieś dwa może trzy kilometry.
– O Jezu! Aż jęknęłam z bólu.
– Chodź, pokażę ci drogę! – Mężczyzna ruszył przed siebie i szedł ze mną jakiś kilometr, aż do miejsca, w którym był pewien, że już nie pobłądzę.
Dotarłam na stację w samą porę aby złapać wcześniejszy pociąg. Toast za udaną wyprawę wzniosłam ostatecznie w mojej ukochanej Florencji.
Tu na zakończenie moja pamiątkowa ROLKA, a w głowie już rodzi się plan na nową wyprawę.
Dobrej nocy!



2 komentarze
No sorry, a życzeń i ciasta dla Mikołaja nie ma? Miki, wszystkiego najpiękniejszego i chwytaj dzień, chłopaku, abyś nigdy nie żałował, że coś przegapiłeś.
To prawda! Tu ani słowa, ale przez nas dopieszczony <3 Dziś będę nadrabiać:)