Powrót do codzienności
Opisywanie moich trekkingowych przygód trwa zwykle dłużej niż sama przygoda. Tak też było i tym razem, choć muszę przyznać, że potraktowałam to opisywanie nieco po łebkach… Czasu ostatnio brak mi na wszystko, ale też opowieści o trekkingach chciałabym zostawić do książki. Jeśli każde jedno słowo znajdzie się na blogu, kto potem sięgnie do mojej nowej publikacji?
W czwartek rano zanim jeszcze wstałam z łóżka, czułam, że moje stopy wołają o ratunek. Jeśli chodzi o zmasakrowanie ciała, ostatni trekking był pierwszym, po którym czułam jego skutki na drugi i nawet na trzeci dzień. Nigdy, nawet w czasie Via Vandelli, która też była rzezią, moje nogi nie ucierpiały tak bardzo.
Tak czy inaczej, jak już wspomniałam wczoraj planuję kolejne jednodniowe wyjście, bo rzeź rzezią, ale apetyt na wędrowanie rośnie, a koniec lutego i termin oddania tekstu książki zbliża się wielkimi krokami. Poza tym przy moim skręcie nie powiem czego, nie mogę zostać bez kolejnego planu, a nawet planów…
I tak planuję też kolejny marsz w nieco bardziej odległej przyszłości i w innym już bardziej odległym regionie… Marsz marzeń. Mam nadzieję, że w następnym roku o tej porze nie będzie już tylko w sferze marzeń, ale znajdzie się w podsumowaniu zrealizowanych planów.
Wydarzyło się w moim życiu tyle pięknych rzeczy, więc dlaczego nie miałoby się zdarzyć i to?
Mikołajki
W czwartek wieczorem przyjechała do domu Lucy, żeby spędzić razem z nami długi weekend Niepokalanego Poczęcia, który w Italii jest początkiem okresu świątecznego. Były Mikołajki, było ukochanie Mikołaja, były i są długie rozmowy, zwierzenia, czułości, obiady, kolacje, spacery, gotowanie, gorąca czekolada, zrozumienie, pocieszenie, plany i marzenia…
Dziś zapowiada się bardzo intensywnie. Dziś mamy zamiar cieszyć się mercatini świątecznymi i na miejscu i dalej i mam nadzieję, że ten plan również uda się zrealizować.
Mikołaj kupił choinkę, którą dziś będziemy stroić, ale myślę, że żadne ozdoby jej nie pomogą. Jest tak tandetna, że już bardziej się chyba nie da. Ja i fejkowa choinka… Świat zwariował!
– Chyba jeszcze tylko my nie powiesiliśmy lampek na domu – mówię do Lucy, kiedy wieczorem wracamy z baru, a kolorowe światełka odbijają się w czarnej tafli Lamone. – One mi się takie dziwne wydają teraz te światełka. Mam wrażenie, że jest jeszcze jesień.
– Bo jest za ciepło! Kto to widział takie temperatury w grudniu!
– To prawda i przez to wszystko mi się w głowie rozjeżdża. Tak czy inaczej za zimnem nie tęsknię…
– Pierogi trzeba zrobić.
– Kapustę trzeba gdzieś znaleźć. Pewnie też fejkową.
– Niech Mikołaj przywiezie z Faenzy.
– A poza tym co robimy? Zrobisz ty sernik?
Lucy jest już po egzaminach, wszystkie zdane koncertowo. Na kilka dni wróci jeszcze do Bolonii, a potem dopiero zjedzie na same święta do nas. Ja staram się wycisnąć z tych ostatnich przedświątecznych dni jak najwięcej pracując na największych obrotach, bo potem jak zwykle będzie posucha – klasyka w okresie świąt – a żyć przecież za coś trzeba.
Niech nic teraz nie skala naszego Niepokalania, niech będzie pięknie, tak jak pięknie zaczął się grudzień.
Dobrej niedzieli!
Ps. Chyba się wczoraj rolka nie chciała wkleić, więc jeszcze RAZ.



Jeden komentarz
Dzień dobry pani Kasiu, a co tam słychać u Mario? A jakie kolejne zagadki z adwentowego kalendarza? Na razie znamy tylko jedną, z 2. grudnia, a dziś, co by nie było, już 7. grudnia