Rozpusta jakich mało
– Jakie to było wszystko dobre – nie mogliśmy się na chwalić w drodze do domu.
– Obłęd! A te likiery na koniec? A pasta!
– No i samo miejsce…
Wiedziałam, że będzie smacznie, bo gdyby tak nie było, Mikołaj by nas przecież nie namawiał. Nie przypuszczałam jednak, że będzie aż tak smacznie, arcysmacznie, przesmacznie i przewyjątkowo w każdym calu.
Kiedy dojechaliśmy na miejsce – miejsce zdawało się zagubione w czasie i przestrzeni i gdyby nie to, że znam włoskie zwyczaje w kwestii jedzenia, dziwiłabym się, że w ogóle ktoś tu przyjeżdża. Po latach tutaj już mnie jednak nic nie dziwi.
Agiturismo San Michele znajduje się na wzgórzach pomiędzy Brisighellą i Fognano. W dawnych czasach istniał w tym miejscu ważny zamek, którego historię można przeczytać czekając na pierwsze danie. Dziś na miejscu zamku stoi… kościół.
Po bożemu
– I gdzie mamy iść?
– Tu raczej nie – popatrzyliśmy na wejście do prywatnego apartamentu.
– Czyżby restauracja była w kościele?
Fenomenalny pomysł! Zdekonsakrowany kościół, który jednak zachował wszystkie typowe elementy jak ołtarz czy ławki został zamieniony w przybytek rozpusty.
Już za samo to na wejściu dostał ode mnie pięć gwiazdek.
Potem było miłe powitanie i jeszcze milsze traktowanie. Dobrze być mamą Mikołaja, o którym przy okazji nasłuchałam się samych pochwał.
Co chcemy zamówić, wiedzieliśmy już zanim usiedliśmy do stołu, bo Mikołaj wysłał nam zdjęcia menu. Postawiliśmy na tradycyjny tagliere – czyli deskę serów wędlin, konfitur i marynat oraz na dwa rodzaje makaronów – passatelli i curzul. Curzul z karczochami godny był poematów! Karczochy pochodziły z własnego pola, jak wszystko inne, co jest tu serwowane.
Nawet wino – doskonałe Sangiovese – było produktem z sąsiedniego kościoła, jak zapewniła właścicielka. Nim jednak wjechały zamówione dania dostaliśmy dwa „assaggini” czy też czekadełka, które były genialną zapowiedzią reszty.
Na drugie danie już zabrakło miejsca, ale nie mogliśmy sobie odmówić smażonej mieszanki z ogródka. Po tym wszystkim właścicielka ustawiła przed nami cztery butelki likierów i… To nawet trudno opisać, to trzeba przeżyć. Likier z karczochów i słynny brodo di giuggiole, sprawiły, że oszaleliśmy z kulinarnego szczęścia. Cały wieczór zakończył się długa pogawędką przy ołtarzu. Mikołaj był znów wychwalony, a my zapewniliśmy, że wkrótce wrócimy.
Ja myślę, że wśród marradyjskich gości to będzie tegoroczny hit!
Tymczasem nastała niedziela i czas znów założyć Hoka i ruszyć na szlak, żeby spalić grzechy dnia poprzedniego.
Dobrej niedzieli!



6 komentarzy
Och! Matko Sałatko! Klękajcie narody wobec takich pyszności! U nas wczoraj na kolację było jedynie słone gryczane ciasto ze szczawiem i gorgonzolą, niemniej jednak 'grzechy dnia wczorajszego’ też zaraz idziemy spalić, bo pogoda zapowiada się boska 🙂 Miłej niedzieli!
Jedynie… :))) Brzmi pięknie:)
Ależ apetycznie! Mikołaj wie co dobre!
Ja też tak myslę …. ać cukrzycę 🙂
😀 😀
Liczyłam na komentarz w tym duchu:)