Najpierw
Najpierw był pierwszomajowy spacer po Florencji. Wiosenny, słoneczny, tańczący „bandierami” przed Palazzo Vecchio, łopoczący na Ponte alle Grazie moją szyfonową spódnicą w ulubionym kolorze, smakujący klasycznym tagliere i baccalà w najmilszej sercu fiaschetterii.
Potem był check-in gdzieś pod Montespertoli z widokiem na bajeczne wzgórza ubrane w soczyście zielone o tej porze winnice.
Wieczorem było aperitivo i kolacja i pierwsze zapoznanie, było wino i crostini i świeży bób – jak na maj przystało, była muzyka na żywo i długie rozmowy o szlakach, o górach, o miłości…
A potem nastał sobotni ranek. Bez pośpiechu, bez budzika, bez gonitwy, poranek tylko dla nas.
Śniadanie w Certaldo
Po długich poszukiwaniach on line, znaleźliśmy w końcu bar, który mógł zadowolić nasze śniadaniowe oczekiwania. I tak oto w sobotni poranek niewiele po 9.00 zawitaliśmy do Certaldo.
Bar tuż przy stacji tętnił życiem.
– Popatrz jak oni tu bazują na zaufaniu – powiedział.
– Cudne, prawda? – przytaknęłam sama szczerze zdumiona.
Zamówiliśmy łakoci jak dla pułku wojska, bo Druga Para Hoka je śniadanie bardzo obfite i nie mogliśmy wyjść z podziwu, że w tak obleganym miejscu rozliczaliśmy się z tych łakoci przy kasie na słowo honoru. To, że tak to działa u nas w Marradi czy Biorco, to normalne, ale tam, w tym całym kociokwiku było to dla nas godne podziwu.
– Przecież teoretycznie mogłaś powiedzieć, że wypiliśmy tylko dwie kawy… Bravi! Oczywiście trzeba być kompletnym dupkiem, żeby w takich miejscach to wykorzystywać, ale jednak czapki z głów przed tym barem.
Zapłaciliśmy uczciwie za wszystko co spożyliśmy i ruszyliśmy na nasz poranny romantyczny spacer po Certaldo Alto, czyli po średniowiecznej części miasta.
Castelfalfi
– To co teraz? – zapytało jedno z nas, kiedy znów siedzieliśmy w „G”, a do spotkania z przyjaciółmi brakowało dobre ponad godzinę.
Popatrzyliśmy na mapę i zaraz nasz wybór padł na Castelfalfi. Żadne z nas nigdy wcześniej nie słyszało o tym miejscu, ale zdjęcia były zachęcające.
Już „od progu” byliśmy zdumieni dbałością o każdy jeden centymetr wszystkiego – chodnika, trawnika, muru…
– Bardzo zadbane, powiedziałabym, że wręcz… ZA BARDZO!
– Popatrz jak on chodnik szoruje… To wręcz nienormalne.
Przypomniało mi się il Borro, które odwiedziłam z Elą wędrując jesienią Setteponti. Tamta osada została kupiona przez rodzinę Ferragamo i wypucowana jak bombonierka. Tu miałam podobne wrażenia.
Potwierdziła to wieczorem Francesca, która mieszka nieopodal i okolicę zna jak własną kieszeń. Podobno ta średniowieczna osada, której korzenie sięgają czasów etruskich i która w czasie panowania Longobardów szczyciła się dwoma wieżami została w ostatnich latach kupiona przeznhinduskiego multimilionera i przekształcona w… trudno to nawet nazwać – powiedzmy skansen?
Wszystko swoim wypieszczeniem, dopieszczeniem robiło niezwykłe wrażenie, jednak mnie za serce nie chwyciło. Ja jestem zdecydowanie wielbicielką odrapanych domów, nieidealności, kostropatości, autentyczności. Wielki ukłon za wszystko to, co z miasteczkiem zrobiono, ale jednak w tym wszystkim gdzieś zniknęła jego prawdziwość.
– Która godzina?
– Szlag! Już późno! Trzeba jechać!
I tak oto on przesiadł się na rower, a ja włożyłam moje Hoka.
CDN…
Kochani przypominam, że moją nową książkę można już zamawiać. Tym wszystkim, którzy rozesłali wieści w świat, którzy kupili polubili z serca wielkie dziękuję.
Jutro będę bajać dalej, a tymczasem – dobrego dnia!



Jeden komentarz
Książka zamówiona. Czekam niecierpliwie.