W pojedynkę
W niedzielę rano o umówionej z resztą grupy porze dotarliśmy do Montepiano. To maleńkie, zupełnie nieznane miasteczko, którego odwiedzenie zupełnie nieoczekiwanie okazało się dla nas dwojga podróżą sentymentalną. Kiedyś napiszę o tym więcej, ale teraz ta część opowieści musi poczekać na książkę.
A zatem z Montepiano męska część drużyny ruszała na swój rajd tym razem bardzo intensywny, karkołomny, wyczynowy, niemal na granicy wytrzymałości.
Żeńska część grupy natomiast – oprócz mnie – odczuwała jeszcze skutki sobotniego trekkingu i stając przed wyborem: „kolejny trekking, czy piknikowy koc nad jeziorem” – wybrała to drugie.
– A Kasia tak sama idzie? – pytała Michela zaniepokojona, kiedy ja już wędrowałam moim szlakiem.
– Ona jest przyzwyczajona – odpowiedział On – poza tym już mi udostępniła swoją pozycję na GPS, więc będę miał na nią oko.
– Jest niemożliwa, macchina da guerra (maszyna wojenna) – dodała Francesca.
Myślę, że w tamtym momencie był ze mnie szczególnie dumny.
Appennino pratese
Tę część Apeninów znam dosyć słabo. Tak naprawdę to był trzeci raz kiedy zapuściłam się w te strony i tak naprawdę pierwszy, kiedy zapuściłam się aż tak daleko.
Z Montepiano wyruszyłam szlakiem 00, potem porzuciłam to sentiero na rzecz ścieżki nieoznaczonej, kierując się w stronę Poggio del Papa i w końcu dotarłam do widokowego punktu przy krzyżu tuż ponad schroniskiem Poggio di Petto. Kiedy już sfotografowałam panoramę w każdym możliwym ujęciu, powędrowałam dalej do Alpe di Cavarzano…
Byłam z siebie dumna, bo znów wędrowałam dzielnie sama, nie bałam się, wiedziałam gdzie idę i gdzie chcę dotrzeć. Oczywiście najpiękniej jest teraz wędrować na dwie pary Hoka, ale w zdrowej relacji trzeba szanować pasje drugiej osoby. Co jakiś czas ja też zerkałam na pozycję GPS… Widziałam jak przemieszcza się mój ulubiony rower. Przez cały dzień wymienialiśmy się zdjęciami i jednocześnie czekaliśmy na moment, kiedy znów nasze ścieżki się połączą.
21 km
Tamtego dnia przeszłam w sumie 21 kilometrów. Najpierw doszłam do jeziora w Montepiano, przy którym zafundowałam sobie samotne aperitivo, a potem znów zerknęłam na pozycję ulubionego roweru i ponieważ ten był jeszcze całkiem daleko, postanowiłam przejść na drugą stronę miasteczka i wędrować dalej.
Zupełnie niespodziewanie weszłam na Via della Lana e della Seta, o której opowiadam w najnowszej książce. Szczerze się wzruszyłam i znów z rozczuleniem zadumałam się nad moją nową publikacją.
Około 17.00 wszyscy spotkali się przy jednym stole, na który szybko wjechały apetyczne taglieri, świeża schiacciata, crostini z kremem fegatino z karmelizowaną cebulką i legendarne dla tego miejsca oblepione cukrem ciambellini.
Dotarliśmy do Marradi po 20.00. To był piękny, niezapomniany weekend, ale jednocześnie czuliśmy niedosyt. Obiecaliśmy sobie, że kolejny będzie tylko w duecie, bo obydwoje byliśmy jak te baterie naładowane tylko do połowy.
I tak oto nowy weekend zaraz stanie na starcie. Plan skromniutki się pisze, ale o tym co, gdzie i jak – opowiem w swoim czasie.
Pięknego czwartkowego popołudnia.



2 komentarze
Ach te panoramy!
Cudne fotki 🤩
Zazdraszczam 😉
Jak zwykle zdjęcia nie zawodzą. Treść dorównuje, uwielbiam Cię odwiedzać. Piękne jest to, że można iść osobno, a i tak cały czas czuć bliskość drugiej osoby. I ten klimat Toskanii w tle tylko jeszcze bardziej to podkreśla. Podoba mi się, że pokazujesz Toskanię nie tylko pocztówkową, ale też bardziej osobistą i przeżytą naprawdę. Czy planujecie jeszcze wrócić na Via della Lana e della Seta na dłuższy odcinek?