Szast prast
Pierwszy majowy tydzień przeleciał szast prast. Dużo było pracy, a mało czasu na spacery, rozważania, czy też w ogóle na bycie w trybie umysłu „beztroska”.
Ganiałam jak wariatka w przelocie sycąc oczy zieloną niezwykłością doliny nakrapianą irysami. Aż się wierzyć nie chce, że to już tak zaawansowany maj. Zaraz mój Bobas przestanie być nastolatkiem, zaraz przyjadą i wyjadą kolejni marradyjscy goście, zaraz ja znów spakuję walizki.
Jeszcze raz czas szast prast…
Jeszcze raz z planem do połowy
– Popatrz! Jest „Musica nelle Aie” koło Faenzy! Nigdy nie byłam!
– Ani ja.
– Jedziemy?
Jedziemy. I to jest pół planu na najbliższy weekend. Reszta musi dopisać się sama, spontanicznie. Sobota ma być pogodowo piękna, więc mam nadzieję, że kolejna wiejska festa Romanii uda się na medal. Niedziela natomiast ma tonąć w deszczu, ale mnie się ostatnio nawet deszcz podoba, więc ani myślę narzekać. Na przykład w minioną środę lało równo i dzień miał być do niczego. Tymczasem zupełnie niespodziewanie napisał się dzień przez wielkie D.
O pakowaniu walizek za trzy tygodnie myślę jeszcze z niepewnością, bo wciąż w takie cuda aż nie chce mi się wierzyć. Będę się tym ekscytować po cichu.
Wyczekuję też z zapartym tchem i tremą 20 maja, kiedy to najnowsza książka trafi do pierwszych Czytelników, jednocześnie już zaczęłam przygotowania do kolejnej książki, która będzie w zupełnie innym klimacie. Jeszcze za wcześnie, żeby o niej pisać, a myślę, że za kilka tygodni będę mogła zdradzić szczegóły.
Nie będzie to jeszcze Dom z Kamienia – powody tłumaczyłam tu już wiele razy, ale mam nadzieję, że tak czy inaczej będzie wzruszająco. Pst… Cicho sza!
Niech weekend dobry ma początek!


