Strajk
Ledwie zdążyłam kupić bilet w piątkowy ranek, kiedy nie minęło nawet 15 minut i mailem przyszło powiadomienie, że z powodu strajku generalnego mój pociąg jest skasowany. Szlag mnie trafił na miejscu.
W piątkowy ranek w Borgo San Lorenzo być musiałam. Po prostu MUSIAŁAM, żeby nie osiwieć do reszty. Miałam umówione dwa najwyższej wagi spotkania – jednym z nich była wizyta lekarska, która spędzała mi sen z powiek i po tym, co dr Google diagnozował, to już w ogóle odchodziłam od zmysłów, a drugim była rozmowa w urzędzie, która miała mnie naprowadzić na najlepsze tory w związku z moim „być albo nie być” w kwestii pracy.
Szlag więc trafił mnie tak, że aż zabolało. Zaraz jednak sprawdziłam, że autobusy zastępcze, które wciąż kursują u nas na odcinku wyłączonym z ruchu kolejowego, w tym strajku nie biorą udziału. Cud.
Nie dowierzałam do końca, bo jednak nawet cuda mają swoje granice, ale ku mojemu zaskoczeniu autobus podjechał z punktualnością tokijskiego metra.
Lekarz
Borgo San Lorenzo przywitało mnie mgłą gęstą jak kisiel. To jest niestety ból Mugello – zimą całymi tygodniami mieszkańcy nie oglądają tu słońca. Z racji położenia i warunków klimatycznych, często króluje tu mgła, której nawet wiatr nie ma jak przepędzić.
Na głównym deptaku miasteczka rozłożono czerwony dywan. Przeparadowałam po nim wyobrażając sobie, że jestem gwiazdą kina, zaklinając w duszy, żeby ten czerwony dywan był dobrą wróżbą przed medycznym werdyktem.
Dottoressa przyszła punktualnie, ale zaczęła się tak leniwie urządzać w gabinecie, że ja zdążyłam w głębi duszy kilka razy „wyjść z siebie i stanąć obok”.
To było bardzo długie 20 minut…
A potem dało się słyszeć wielkie „bum” – to kamień, który ciążył mi na sercu, głowie i ramionach wreszcie spadł. W końcu mogłam wziąć głęboki oddech…
Czeka mnie niby seria badań, ale najważniejsze, że wykluczone zostały diagnozy dr Google.
Rady nie od parady
Pomyślałam, że czerwony dywan przyniósł szczęście i pełna nadzieli pognałam na kolejne spotkanie – swoją drogą miałam przysłowiowego farta, bo tak naprawdę zupełnie przypadkiem, udało się dwa tak ważne spotkania opędzić jedną podróżą. Po włosku mówi się „una fava e due piccioni” – jedno ziarnko bobu i dwa gołębie.
Z różnych względów obawiałam się tego drugiego spotkania, nie wiedziałam czego się spodziewać, po państwowym urzędzie i na jaką szczerość mogę sobie pozwolić, żeby nie „strzelić sobie w kolano”.
Jakież było moje zaskoczenie, kiedy dwie panie urzędniczki z uśmiechem, przy okazji komplementując mnie z dziecięcą szczerością, zaczęły dwoić się i troić, żeby moją enigmę jak najkorzystniej rozwiązać. Co i jakiś czas tylko jedna puszczała oczko, dając mi do zrozumienia, jak działa prawo i jak trzeba do niego podejść, co sprawiło, że po prawie godzinie wyszłam z urzędu jeszcze lżejsza.
Poczułam się w piątkowy ranek zaopiekowana na dwóch, a nawet trzech frontach. To bardzo cenne.
Muszę też kolejny raz przyznać – bazując oczywiście tylko na osobistych doświadczeniach, że może i słynna włoska biurokracja nie ma sobie równych, ale w urzędach pracuje mnóstwo wyjątkowych ludzi. A może to ja mam po prostu do nich szczęście.
O planach na weekend nie będę pisać. Cicho sza…
Dobrej soboty!



2 komentarze
Wiesz, że są dowcipy i memy na tych co się leczą u dr Google! 🙂 Pozdro. Hanka. Ach i moja córcia, mistrzyni riposty. Napisałam na WhatsAppie: widziałam dwa samochody z obwieszoną karoserią lampkami choinkowymi. Córka: ja widziałam jeden, ale dwa razy. 🙂 🙂
Jak ja Cię Kasiu rozumiem ! Taki był mój czwartek , a przed czwartkiem miesiąc katowania sie , nakręcania i tworzenia w głowie filmów. Wszystkich dramatycznych . Ale potem , też kamienie pospadały i w domu słuszna SZKLANKA czerwonego wina, żeby wrócić do równowagi … Uściski i baaardzo sie cieszę Kasiu ,że kamulce pospadały ! !