Noc i lekcja historii najróżniejszych w Piantravigne
Całą noc padało, a rankiem do tego wszystkiego hulał narwany wiatr. Po niebie dopiero lekko rozjaśnionym świtem goniły ołowiane chmury. Postanowiłyśmy opóźnić nasz wymarsz jak najdłużej, tym bardziej, że po pierwszym etapie byłyśmy spokojne, że taki dystans to bułka z masłem (o słodka naiwności!).
Wieczór i noc w Piantavigne minęły nam spokojnie. Nasza kwatera była więcej niż przyjemna, co było wielkim zaskoczeniem, ponieważ moje wybory były zdecydowanie niskobudżetowe. Tymczasem i pierwszy i drugi nocleg były jak „bombonierki”. W poniedziałek wieczorem za oknem wyżywał się deszcz. My dojadłyśmy nasze kanapki z marketu i sącząc dalej wino – ja zajęłam się przyziemnościami instagramowymi, a Ela śledziła występy konkursu chopinowskiego.
Rankiem, o umówionej godzinie właściciel przybytku przywiózł nam śniadanie. To akurat było skromne, ale mężczyzna uraczył nas takimi opowieściami, że moja głowa znów musiała włączyć tryb nagrywania.
Dowiedziałyśmy się między innymi, że osada Piantravigne zbudowana została na ruinach zamku, którego historia splata się z dziejami rodu Pazzich. Poznałyśmy kilka fanaberii pana Prady, który często przelatuje tu swoim helikopterem, usłyszałyśmy o Franco Battiato, który siedział w tym samym miejscu, w którym ja realizowałam nagrania dwa lata temu, usłyszałyśmy opowieść o bezmyślnym księdzu, który wyburzył tysiącletnią pieve, żeby wybudować nowy kościół i w końcu dowiedziałyśmy się, że Valdarno jest w całej Italii jedyną doliną, której nazwa jest rodzaju męskiego.
Można powiedzieć, że w pełni skorzystałyśmy z opóźnienia wymarszu…
Drugi etap Strada dei Setteponti wersja surwiwal
Zaczęło padać tak naprawdę niemal od razu. Ruszyłyśmy jednak w drogę, bo musiałyśmy już zwolnić pokój, a poza tym szczęśliwie nie lało, tylko zwyczajnie padało.
Byłam przekonana, że drugi etap będzie w kwestii odległości podobny do pierwszego – tak przynajmniej wynikało z danych na różnych stronach internetowych. Najbardziej wyczekiwanym miejscem tego odcinka było miasteczko Loro Ciuffenna z najstarszym wodnym młynem w całej Toskanii i Pieve di Groppina, która jest emblematem całej La Strada dei Setteponti.
Do Loro dotarłyśmy po 16 kilometrach w deszczu i błocie. Byłyśmy jak dezerterki z Wietnamu, kto widział rolkę z drugiego dnia, ten wie o czym mówię.
Loro Ciuffenna relaks i panika
Kiedy dotarłyśmy do Loro Ciuffenna deszcz odpuścił i w końcu wyszło słońce. Rozsiadłyśmy się więc zrelaksowane przed barem zamówiłyśmy nasze schiacciaty, piwo i prosecco i niemal ze świętą nabożnością oddałyśmy się celebrowaniu chwili. Takie momenty, jeśli jeszcze dodamy do nich rozmowy życiem pisane, pozostają w pamięci na zawsze.
Tak nam było dobrze, że przekonane o tym, iż do celu według moich obliczeń było jeszcze około 6 kilometrów, kontynuowałyśmy barowy błogostan.
A potem nagle, nie wiedzieć skąd olśniło mnie i kiedy zweryfikowałyśmy trasę, w panice zaczęłyśmy zwijać rozrzucony przed barem majdan. Przed nami było nie 6, a około 16 kilometrów, co znaczyło że dystans tego dnia oscylował nie wokół 20, a prawie 40 kilometrów.
Ciąg dalszy nastąpi
Tu muszę na dziś zrobić przystanek i rozdzielić opowieść na dwa odcinki, bo clou dnia nadeszło dopiero potem, a tymczasem do Biforco zawitała już noc, więc na mnie też czas.
Zdjęć z drugiego etapu mam chyba tylko dwa. To najlepszy dowód na surwiwal i złą pogodę. Jeśli chcecie poznać dalszą część opowieści – o przerwanym szlaku i stracie czasu, o kolejnym autostopie, o pysznym jedzeniu, o zapomnianych kijkach, o pięknym wieczorze i o łożu księżniczek – zapraszam Was już jutro.
Dobrej nocy!


