Start autostopem i łaskawość poranka
Od czasów nastoletnich nie jeździłam autostopem i nigdy bym nie pomyślała, że z takiej opcji będę korzystać w dojrzałym wieku. W czasie naszej podróży musiałyśmy się z Elą zdać na autostopową łaskę innych w sumie trzy razy. Co ciekawe wcale nie było to takie łatwe, jak mogłoby się wydawać.
Nasza trasa zaczynała się w Reggello, a tak naprawdę w Cascia przy słynnej pieve, którą opisywałam w Nowe Sekrety Florencji i okolic. Choć na stacji kolejowej napisane jest Rignano sull’Arno – Reggello, to jednak przywilej posiadania faktycznie stacji kolejowej przypadł Rignano, co znaczy, że te kilkanaście kilometrów do sąsiedniego miasteczka trzeba pokonać pieszo, autobusem lub właśnie autostopem.
Wysiadłyśmy z pociągu nad Arno, które lśniło w świetle poranka otulone w welurowy woal lekkiej mgiełki. Było pięknie i przede wszystkim ucieszyłyśmy się, że zniknął chłód poranka, jaki przywitał nas w czasie drugiej przesiadki w Pontassieve.
Sprawdziłyśmy najpierw dla pewności czy rzeczywiście nie ma żadnych szans na autobus i ruszyłyśmy pieszo, w kierunku drogi wylotowej na Reggello.
Penco Paga e Difende - Penco płaci i broni
W centrum Rignano na ławce siedział Penco. W pierwszej chwili pomyślałyśmy, że to Napoleon i rzeczywiście według niektórych teorii jego wizerunek jest inspirowany właśnie Napoleonem. Oryginalna figura wykonana z terakoty siedziała dawniej na dachu „locandy” w pobliskim Leccio. Wojak w jednej ręce trzymał szpadę, a w drugiej sakiewkę z napisem „paga e difende” (płaci i broni).
Zatrzymałyśmy się przy Penco na kilka kadrów i zaraz ruszyłyśmy dalej, bo wciąż kwestia dotarcia do Reggello wciąż była nierozwiązana.
Przejechało jedno auto, drugie, trzecie, piąte, aż w końcu ktoś się zatrzymał. Same nie wierzyłyśmy własnym oczom.
Zaraz wytłumaczyłyśmy miłemu panu skąd i dokąd zmierzamy i jaki mamy kłopot. Ten nie tylko dowiózł nas do Reggello, ale odstawił pod samą pieve w Cascia skąd oficjalnie zaczyna się cammino.
Pierwszy most, Pian di Scò i obiad w circolo
W czasie pierwszego etapu pokonałyśmy 20 kilometrów. Pogoda była łaskawa, a „przydymione” niebo przyprawiało jesienny krajobraz odrobiną nostalgii. Szłyśmy przez gaje oliwne, które ciągnęły się bez końca. Na samym początku przeszłyśmy też przez pierwszy z historycznych mostów i minęłyśmy medycejską willę. Już na wstępie podzielę się ważną radą – jak tylko natrafi się na kod QR, który widnieje w niektórych miejscach wraz z oznaczeniem szlaku, warto pobrać aplikację i wędrować z GPS-em, bo trasa miejscami jest zupełnie nieoznaczona i praktycznie bez nawigacji nie sposób odnaleźć szlak.
W porze obiadu dotarłyśmy do Pian di Scò. Już wcześniej ustaliłyśmy, że tego dnia porządny jemy obiad, a kolację kanapkową, choć zwykle robi się na odwrót. Nie miałyśmy innego wyboru, bo w Piantravigne, gdzie spałyśmy nie ma nawet skromnego baru. Za radą właścicielki tabaccheri skierowałyśmy swoje kroki do lokalnego circolo…
I to jest też moja rada dla Was – circolo to jest zawsze dobry kierunek. Ceny stołówkowe, jedzenie jak u mamy i swojska atmosfera. Nie inaczej było i tym razem.
Castelfranco, pieve, Balze i koniec pierwszego etapu
Od Pian di Scò do Castelfranco było już całkiem blisko.To tam za radą właściciela naszego b&b miałyśmy zatrzymać się, żeby zaopatrzyć się w prowiant na kolację. Rzecz jasna market nie jest główną atrakcją miasteczka.
Tuż przy głównej drodze stoi majestatyczna, kamienna pieve, która liczy sobie blisko tysiąc lat i której wnętrza kryją cenne freski z XV wieku. Autorami niektórych z nich są między innymi Paolo Schiavo i Lo Scheggia – młodszy brat Masaccio.
Wielkim zaskoczeniem było dla mnie to, że wszystkie kamienne kościoły na naszej trasie były otwarte i nawet ten w Castelfranco, bogaty we freski udostępniony zwiedzającym gratis.
Tuż za miasteczkiem Strada dei Setteponti pokrywa się z jednym ze szlaków, które wiodą poprzez Balze – Sentiero di Acqua Zolfina.
Jakież było moje zdziwienie, kiedy niespełna pół godziny później znalazłyśmy się w miejscu, gdzie nagrywałam z moim bratem materiał na temat tych przedziwnych form skalnych. Od razu więc przypomniała mi się tamta trasa w pocie czterdziestopniowego lipcowego upału.
Ostatni fragment zdecydowanie pod górę i w końcu dotarłyśmy do Piantravigne. Tak naprawdę nie byłyśmy wcale zmęczone. Ela stwierdziła, że mogłyśmy iść nawet dalej, ale też w momencie, kiedy weszłyśmy pod dach z nieba spadły pierwsze krople deszczu. Dobrze było choć jeden etap trasy przejść na sucho.
I tak nastał wieczór, a potem noc i wreszcie poranek dzień drugi. CDN…
A tu jeszcze ROLKA klasycznie z pierwszego dnia.


