Trwoga i rozwaga
Kilka słów odnośnie wczorajszych zdjęć… Absolutnie nie było moim celem przyprawienie Czytelników o kilka siwych włosów. Zdjęcia rzeczywiście wyglądają groźnie, ale ja naprawdę jestem mało odważna i głupot staram się nie robić, zwłaszcza w górach, czy też przynajmniej w górach. Nie dla mnie są na przykład ferraty, bo sama sobie w tej kwestii nie ufam. Tutaj chodziło tylko o opanowanie lęku wysokości, lęku w ogóle. Życie jest mi miłe – ostatnio szczególnie miłe i nie mam zamiaru tego wystawiać na próbę.
Ja po prostu lubię pokonywać swoje słabości. Tak naprawdę niemal codziennie jestem sama na szlaku. Są to szlaki, które znam na pamięć, ale… Dopiero od niedawna mam komu udostępnić moją pozycję GPS. Wcześniej wychodziłam z domu, nikt nie wiedział gdzie i po co oraz czy i kiedy wracałam…
Jeden potrzebuje spokoju, a drugi ma niespokojną duszę, która od czasu do czasu musi dostać dawkę adrenaliny. Ja należę do tej drugiej grupy.
Poza tym cieszę się tym, że mam obok kogoś, kto nie zaciąga mi hamulców, tylko rozsądnie dodaje odwagi i chroni w bardzo dyskretny czasem sposób.
Romantyczna historia
Na pocztę wreszcie przyszły sensowne projekty okładki. Główkuję, zmieniam, testuję wśród bliskich, pytam o zdanie. I tak sobie myślę, że może przyszedł czas na opowiedzenie pewnej romantycznej historii – najbardziej romantycznego momentu ze wszystkich moich wędrówek.
Wędrujemy z Elą Setteponti. Jest południe pewnego późno październikowego dnia. Przez pierwsze godziny leje jak nie wiem co, a my akurat mamy do przejścia nie asfalt tylko szlaki, które szybko i ochoczo zaczynają spływać błotem. Wyglądamy jakbyśmy uciekły z filmu o wojnie w Wietnamie. To znaczy ja tak wyglądam, bo Eli jakoś aura nie szkodzi. Jak zawsze – w czasie długich cammino – mam udostępnioną, komu trzeba, pozycję GPS.
Dochodzimy właśnie do głównej drogi i miasteczka, w którym czeka nas zwiedzanie średniowiecznej pieve. Maszeruję dziarsko w Mikołaja militarnej pelerynie, w której wyglądam jak Gandalf – w tamtym momencie jak Gandalf zmokła kura i nagle dostrzegam przejeżdżającą przede mną ciężarówkę…
– ooooo – rozczulam się w myślach – identyczna jaką ma On.
I na samo wspomnienie ściska mnie w gardle z tęsknoty. Patrzę uważniej, bo ciężarówka zwalnia.
– Nawet ma taki sam pasek przeciwsłoneczny na szybie… – mówi głos w mojej głowie.
Ciężarówka zwalnia jeszcze bardzie, a ja szybko przenoszę wzrok na kierowcę. Ciężarówka się zatrzymuje.
– O Dio mio! – oczy wypełniają mi się łzami i nie wiem już czy mam zemdleć czy tańczyć ze szczęścia czy płakać czy rzucać się na szyję. Ostatecznie jest wszystkiego po trochu…
– Ale jak, ale co ty?
Nikt nigdy nie zrobił dla mnie czegoś podobnego. Dwie i pół godziny drogi w jedną stronę, w sumie pięć godzin i powrót w korku, tylko po to, żeby pobyć ze mną i przytulić przez te pięć minut ubłoconą, zmokniętą.
Nic nie pamiętam z tamtej pieve, przez kolejne kilometry wędrowałam z głową w chmurach.
Dobrej reszty dnia!



7 komentarzy
Piękna historia. Wzruszająca też! Bardzo Ci Kasiu dziękuję za te wpisy. Mogę cieszyć się Twoim szczęściem (a przyznaję, że niektóre wpisy na blogu czytam po kilka razy, w różnych porach i dniach, ot tak, dla poprawy humoru). Ale one również uświadomiły mi jak dużo troski, gestów i zachowań ja w moim życiu traktuję jakby mi się należały, jakby były oczywiste! (I take for granted / do per scontato). Muszę zdecydowanie bardziej doceniać to co mam. Dziękuję ❤️
I to jest miłość. Życzę dużo takich miłych, wzuszających chwil.
Cudowne takie chwile!!! Czyta się jak dobry romans 🥰 więcej poproszę 🤗
No nieeee. Jak zakochani gówniarze! Jak słodko.
cieszę się, że wreszcie los się uśmiecha – zasłużyłaś na to po stokroć 🙂
oby już zawsze było z górki
Jak bardzo jesteś Kasiu kochana ! Niech to szczęście trwa i trwa i trwa ..
Niech trwa <3