Zabieram się do pracy
Pokpiłam sobie równo. Pokpiłam tak, że aż mi wstyd przed samą sobą. Miałam każdy trekking opisywać na bieżąco, tymczasem minął jeden marsz, drugi, trzeci, a ja nic! Niby gdzieś tam co jakiś czas po dwa słowa dopisywałam, ale to pic na wodę fotomontaż, jedna wielka mistyfikacja dla zagłuszenia wyrzutów sumienia.
Lato nie jest dobre do tego rodzaju pisania. Dziennik to co innego, dziennik pisze się dla siebie, sercem i duszą, skrycie, bez silenia się na wielki styl, bez przejmowania się przecinkami, deklinacją, pleonazmem, banałem, górnolotnością czy innymi kajdanami, które narzuca tekst do publikacji. Poza tym mój dziennik pisany jest po włosku, więc to już w ogóle inna planeta.
Żeby jednak letnią porą usiąść do komputera, odłączyć się od wszelkich rozproszeń i zacząć tworzyć, to naprawdę wyzwanie. Cykady grzechoczą, słońce rozleniwia, wieczory wszystkie poza domem, więc i ranki potem „lekko nieprzytomne”. Jednym słowem warunki do pracy pisarskiej – fatalne!
Na szczęście w końcu (sic!) przyszła jesień i nie ma już wykrętów. Poza tym czas się nagle skrócił i głowa na chwilę ogarnięta paniką zabrała się do pracy.
W pierwszy październikowy czwartek za oknem hulał zimny wiatr i dłużej niż te moje 10 kilometrów nie chciało mi się dreptać. Korzystając więc dodatkowo z odwołanej lekcji usiadłam do komputera, otworzyłam zakurzony plik i zaczęłam pisać. Jak już zaczęłam, to poszło, ale kiedy uświadomiłam sobie jak dużo mam do napisania, to serio przejęła mnie groza.
Jak to dobrze, że przynajmniej jestem świetna i wyjątkowo wydajna w pracy pod presją…
O najbliższych planach
Pisanie to jedno rzecz, ale na liście zostało jeszcze kilka cammini do zrealizowania, więc już przygotowuję się mentalnie – jak pisałam chyba wczoraj – do październikowej wędrówki, która w porównaniu do ostatnich wypraw, będzie być może bardziej zajmującym spacerem, choć rzecz jasna spacerem bardzo widowiskowym i do tego w miłym towarzystwie, na co już teraz się cieszę całą sobą. Przede mną kolejne ponad 60 km w mniej popularnej części Toskanii.
Dojrzewam też, żeby wyruszyć na na samotny marsz… Jest mi to chyba potrzebne, żeby samej sobie udowodnić, że mogę – bo jeśli to mogę, to być może też zdołam się uporać z kolejną górą kłopotów.
Wiatr nadal jest chłodny, ale wróciło do nas słońce. Weekend zapowiada się całkiem miło, a ja mam już oczywiście swoje ciche plany. Wśród nich klasyk październikowy – czyli kasztanowa sagra.
Mikołaj wrócił zbolały po czwartkowym dniu pracy. Jedną ręką jadł lasagne, a drugą wyciągnął jak zawodnik po walce i kazał sobie wcierać moje trekkingowe specyfiki na bóle najróżniejsze. Trochę mi go szkoda, ale z drugiej strony rozumiem, dlaczego tak silna jest w nim ta potrzeba „prawdziwej” pracy i spracowanych rąk. Czasem chciałabym, żeby tak nie było, ale jest…
Dobrego dnia! Pięknego październikowego weekendu!
Jeśli jesteście w okolicy przybywajcie w niedzielę na nasze marradyjskie kasztany!
Ps. Przepraszam za zamieszanie, mam wrażenie, że treści dwóch dni się wymieszały, niestety w kwestii zarządzania nowa strona jest o wiele bardziej skomplikowana, co nie raz przyprawia mnie o kolejne siwe włosy.



Jeden komentarz
Jaki dzielny Mikołaj ! Ogromny szacunek !!