Vicopisano
Do Vicopisano dotarliśmy w sam raz na obiad. Szybki rzut oka na propozycje google i kilkanaście minut później siedzieliśmy już przy stole, na który zaraz wjechały talerze z domowym spaghetti! Miejsce bardzo nas urzekło i z kulinarnych wspomnień minionej podróży jest zdecydowanie numerem jeden – nie tylko za sprawą kuchni, ale też ciepła i wdzięku osobistego właściciela i kelnera w jednej osobie.
Dopiero po tym miłym przystanku dla duszy i ciała ruszyliśmy na spacer po urokliwym Vicopisano. Rocca, którą planowaliśmy zwiedzić była już niestety zamknięta, ale zaplątanie się w zaułki średniowiecznego borgo, nawet jeśli spowite senną, poobiednią atmosferą, już samo w sobie było przyjemnością.
Vicopisano z racji swojego strategicznego położenia już w czasach średniowiecza było przedmiotem sporu pomiędzy Lukką, Pizą i Florencją. W odróżnieniu jednak od innych podobnych osad, które ostatecznie zostały zrównane z ziemią, Vicopisano zostało przekształcone w prawdziwą fortyfikację, a przygotowanie projektu zostało powierzone największemu z największych – Brunelleschiemu.
O tym jednak będę bajać innym razem, kiedy do Vicopisano powrócę i zgłębię od środka architektoniczne dzieła sztuki.
Okolice - oliwa, termy i zamki
Okolice Vicopisano również zasługują na uwagę. Myślę nawet, że jeden dzień tutaj to zdecydowanie za mało. Do tej pory Monte Pisano znałam z mojej wędrówki Via degli Acquedotti i nie miałam pojęcia, że kryje aż tyle skarbów. Certosa di Pisa, pievi, fortece, gaje oliwne i w końcu legendarne termy. Dobroczynne działanie tutejszej wody znane i doceniane było już w średniowieczu.
Jednym z ciekawszych punktów jest Rocca di Caprona, uwieczniona przez Dante w Boskiej. Poeta był w tych stronach w czasie najazdu – Lega Guelfa Toscana pokonała wtedy pizańskich Ghibellinów.
Rokkę widzieliśmy jednak tylko z daleka, bo przed nami był ostatni punkt wycieczki, którego szczególnie nie mogliśmy się doczekać.
Rocca di Ripafratta
Wznosząca się nad maleńką osadą, w ciasnej dolinie pomiędzy Lukką i Pizą forteca nazywa się tak naprawdę Rocca di San Paolino. Znana jest jednak bardziej jako Rocca di Ripafratta – Ripafratta to właśnie wspomniana osada.
Choć dziś forteca jest już tylko ruiną, to w dawnych czasach była łakomym kąskiem dla trzech wielkich miast. Początkowo walczyły o nią Lucca i Piza – pierwsze starcie miało miejsce w 1004 roku, a potem w połowie XIII wieku zainteresowała się nią również Florencja, która szybko przejęła nad nią kontrolę. W kolejnych latach Ripafratta była na przemian to w rękach Florencji to Pizy.
W XV wieku Rocca została przebudowana i odnowiona – nad nowym projektem czuwał oddelegowany przez Medyceuszy Giuliano da Sangallo, który uczynił z niej fortecę nie do zdobycia.
I choć dziś Rocca jest ruiną, którą powoli, choć bezpardonowo pochłania wegetacja, to jednak nadal patrząc na majestatyczne mury i wieże można wyobrazić sobie jej dawny splendor.
Gdzie diabeł nie może...
– Zobacz! – Woła mnie znikając w mroku podziemi.
Idę za nim, idę na ślepo, jak zahipnotyzowana, bo przecież wie, co mówi, kto ma wiedzieć lepiej, jeśli nie On?
– Tu można chyba zejść jeszcze niżej… – świeci latarką i kręconymi schodami zsuwa się w dół. Ja oczywiście za nim. – To znaczy chyba można było, bo teraz jest zasypane – dodaje z przekąsem.
Wychodzimy znów na „dziedziniec”, na środku którego stoi wieża oblepiona przerdzewiałym rusztowaniem.
– Bardziej niebezpieczne to rusztowanie, niż sama wieża – stwierdza. – A tam jest drabina! Patrz!
Sprawdza dwoma ruchami czy drabina jest godna zaufania i zaraz się wspina. Biorę oddech i wspinam się za Nim, ale nogi mam tym razem jak z waty.
– Ja nie wiem czy dam radę… – mówię nieco zmieszana, kiedy moja broda znajduje się na wysokości jego kolan – wejść wejdę, ale z zejściem może być gorzej…
– To lepiej poczekaj. Daj mi aparat, ja zrobię zdjęcia i rozejrzę się czy warto, żebyś jednak weszła.
Jestem na ostatnich szczebelkach drabiny, ale rezygnuję z pójścia dalej. Wszystko w granicach rozsądku, choć ten rozsądek uwiera mnie tym razem jak zadra nie powiem gdzie. Fifona…
Po zwiedzeniu zamku idziemy jeszcze szlakiem kawałek dalej do znajdującej się nieopodal wieży. Obchodzimy ją dookoła, ale tym razem i On musi obejść się smakiem. Nie ma jak dostać się do środka…
Podziwiamy chwilę widok na Alpy Apuańskie i zaraz wracamy do auta. Robi się późne popołudnie. Czujemy jak powoli zaczyna nas dopadać zmęczenie. Coś zostanie na następny raz – tych następnych razów – taką mamy nadzieję – będzie jeszcze wiele.
Słońce pomarańczowo żegna się z dniem kiedy jesteśmy już za Florencją…
– Weźmiemy pizzę na wynos?
– Jest insalata w domu…
– A zostało trochę tej torta salata z radicchio i gorgonzolą?
– Zostało. Zjedzmy resztki. Pizza będzie innym razem.
– Słusznie!
Wieczorem padamy zaraz po kolacji. Dopiero potem w czeluściach snu słyszymy jak Mikołaj wraca od Cateriny…
To był wyjątkowy weekend – niezapomniany, pełen emocji i nowych wrażeń, kolejny czas do oprawienia w ramki. Tymczasem zrobił się już późny czwartek, a za nim zaraz nowy weekend, który trym razem będzie raczej bardzo statyczny. Raczej…
Dobrej reszty dnia!
Jeszcze ROLKA z tej części weekendu.



2 komentarze
Szaleni! Ale niech to szaleństwo trwa!
Życie musi być przyprawione odrobiną szaleństwa:)