Livorno wieczorową i późno wieczorową porą
Dotarliśmy do Livorno po 17.00. Niebo było zasnute, ale nie padało. Rozpadać miało się dopiero późnym wieczorem. Szczerze mówiąc nawet na rękę była mi ta tonacja kolorystyczna nieba, bo zdecydowanie więcej uroku ma Terrazza Mascagni w niepogodę, niż przy wściekle lazurowym niebie. Oczywiście przy takim anturażu nie można było liczyć na spektakularny zachód słońca, ale my byliśmy tak zaaferowani wybieraniem miejsca na postój i rozkładaniem legowiska, że pewnie tego zachodu i tak byśmy nie zauważyli.
– Najpierw szukamy miejsca na nocleg, czy szybki spacer po tarasie?
– Spacer?
– A w ogóle to chyba jest już najwyższa pora na aperitivo…
– Zdecydowanie!
Na tarasie dopadło mnie wzruszenie – mój ulubiony taras, jedno z moich ulubionych miejsc w Italii w ogóle i to wszystko teraz o tak, w takim wydaniu, w takim towarzystwie… Przecież to się nikomu nie śniło – ani poetom, ani prorokom, ani filozofom, a mi to już na pewno nie…
Calafuria i lungomare
Nim skończyliśmy spacer i nasze livorneńskie apertitivo, zrobiło się późno i powoli zaczął zapadać zmrok.
– Trzeba się ruszyć.
– To co? Jedziemy do Calafurii i poszukamy miejsca na nocny postój? – Po Talamone wymyśliłam sobie, że Calafuria będzie godnym następcą.
„G” sunął wzdłuż morza, a my co chwilę wyciągaliśmy rękę, żeby wskazać sobie kolejne alternatywne miejsca.
Kiedy jednak dojechaliśmy do słynnych brązowo rudych skał Calafurii, wysiadłam tylko, żeby zrobić dwa zdjęcia i zgodnie zdecydowaliśmy, że bezpieczniej będzie cofnąć się na nocowanie do Livorno. Spanie na poboczu drogi w takim odosobnieniu nie wydało nam się dobrym pomysłem.
Na szczęście na opłotkach miasta, wzdłuż ciągnącego się niemal bez końca lungomare – wygodnych miejsc do zaparkowania na dłużej nie brakowało.
– Patrz jaka śmieszna „bańka” – tuż obok morza w otulinie parku stał wielki namiot, który wyglądał jak bańka mydlana – może tu jest nawet dyskoteka?
– Nie musielibyśmy daleko chodzić!
Ucieszyliśmy się jak dzieci na samą myśl o livorneńskich szaleństwach sobotniej nocy.
Ostatecznie nasz wieczór nie potrwał do rana… Od aperitivo, do kolacji, od kolacji do przystanku w tradycyjnej poncerii na szklaneczkę tradycyjnego ponce livornese, od świateł dzielnicy Venezia Nuova, przez trotuary, do morza, fal i szumu wody…
Z jednej strony byliśmy spragnieni wielkoświatowych uciech, a z drugiej strony za bardzo kusiła przytulna wizja pieleszy w „G”…
I tak oto nastał deszczowy ranek w Livorno – dokładnie taki jak On sobie wymarzył – z delikatnym (bo wygłuszonym) bębnieniem kropel w dach.
To bębnienie trwało do śniadania. Parasol musieliśmy otworzyć tylko w drodze do baru, bo kiedy wracaliśmy po deszczu zostały tylko kałuże.
Przed pożegnaniem Livorno postanowiliśmy podarować sobie jeszcze jeden krótki spacer…
Rosignano i plaża stracona
W tej podróży tak samo ważne jak Livorno, były zamki popadające w ruinę, zamki zagubione, nieznane… Zamki na które obydwoje mamy w telefonie osobny katalog. Tym razem wyznaczyliśmy takie trzy na naszej niedzielnej trasie. Żeby zobaczyć pierwszy z nich, musieliśmy się skierować na południe, a kierując się na południe musnęliśmy Rosignano…
– Chcesz zrobić zdjęcia na plaży? – zapytał, kiedy zbliżyliśmy się do tabliczki „Rosignano w prawo”.
– Nie wiem… Ty mi powiedz…
– Ja nigdy nie byłem na tej plaży, wiesz?
– To chcę, tak, chcę zrobić zdjęcia…
„G” niemal w ostatniej chwili zjechał z głównej drogi i już kilkanaście minut później spacerowaliśmy w stronę morza.
Byłam zaskoczona, że piaszczystą dawniej drogę zastąpił równiutki chodnik i jeszcze bardziej zaskoczona byłam chwilę później, kiedy okazało się, że spektakularną – nawet jeśli chemiczną – plażę, zeżarło bezlitośnie morze w czasie ostatnich sztormów.
Natura daje i natura odbiera…
Nie ma już śladu po miejscu, w którym w minionych latach często rozkładaliśmy się z piknikiem. Teraz woda podeszła aż do samych wydm.
Chciał nie chciał – nasz spacer był więc naprawdę krótki, ot tyle, żeby zobaczyć turkusowe morze i uchwycić jego dwa kadry… A potem znów wsiedliśmy do „G” i ruszyliśmy w poszukiwaniu pierwszej fortecy. A co było dalej – o tym już jutro. I to jutro będzie pewnie bardzo późno, bo właśnie dostałam na warsztat tekst książki do autoryzacji i przygotowuję się do nagrania podcastu.
Tymczasem zapraszam Was do obejrzenia 2 odcinka ROLKI weekendowej, w którym czeka odrobina prywaty – „jak wygląda poranek na czterech kółkach”.
Pięknej reszty dnia!



2 komentarze
Kasiu, super ta Twoja „rozczochrana”!
Tutaj to naprawdę było out of bed hair:)