Po roku
Marzec 2025 zapisał mi się w pamięci już na zawsze. To jeszcze nie jest pora na pełną opowieść, ale mam nadzieję, że kiedyś ten moment nadejdzie. Tak czy inaczej w marcu rok temu mój świat zachwiał się w posadach. To chwianie się było gwałtowne, jednocześnie do przewidzenia – sama się prosiłam, ale też paradoksalnie szybko się uspokoiło i wylało pod moją nową rzeczywistość solidne fundamenty, na których zbudowało się wszystko to, co potem…
Gdyby mi wtedy ktoś opowiedział marzec 2026, w życiu bym nie uwierzyła… W życiu!
Już nie raz takie porównania wypisywałam i pewnie nie raz jeszcze napiszę, bo wciąż trudno mi w to uwierzyć…
Marzec 2026 przeszedł samego siebie. Nawet jeśli jeden wyczekany cud się nie wydarzył – jeszcze się nie wydarzył – to tak czy inaczej wśród tylu innych cudów, to tylko drobiazg, który wymaga jeszcze szczypty cierpliwości. Wszystko przecież dzieje się w odpowiednim dla siebie czasie.
Kiedy dziś rano montowałam marcową rolkę, każdy z tych momentów przeżyłam w duszy jeszcze raz. Były kolacje i pikniki na szlaku, był trekking, były zamki, było nawet nocne życie – tańce, hulanki, swawole, było spanie w G, były kolejne milowe kroki…Była też kulminacja prac nad książką, którą czeka jeszcze tylko jedna korekta i ostatnia autoryzacja…
Jednak podsumowując, ktoś patrząc powierzchownie, mógłby ograniczyć się do trzech słów: jedzą, piją, wędrują. Dlatego też dodam od siebie: również dużo pracują.
U progu kwietnia
Nie wiem, co przyniesie kwiecień, ale zapowiada się bardzo kolorowo. Będą kolejne wojaże, zamki, trekkingi, kolacje, spotkania towarzyskie bardzo wyczekane i na pewno wzruszające, książka powędruje do druku, a poza tym, może zadzieją się kolejne kroki milowe… Kto wie!
Na mailu tymczasem wyświetliła się kompletna okładka nowej książki. Moim zdaniem wygląda zachęcająco i mam nadzieję, że trafi do serc Czytelników, nawet jeśli nie każdego inspiruje wędrowanie pieszo.
Mam już w głowie kolejne książkowe projekty. Teraz tylko znaleźć czas, żeby je zrealizować. Pewnie nadal będę musiała oprzeć się o wydawcę, zamiast rzucić się w self publishing, ale powoli powoli małymi kroczkami, może kiedyś będzie w tej kwestii lepiej. Może przestanie to być tylko sztuką dla sztuki. Dlatego też dziś znów kolejna prośba – proszę Was o reakcje pod moimi treściami na instagramie przede wszystkim (fb ledwo zipie). Każde jedno polubienie ma moc, dla Was to tylko jedno klik, dla mnie wielka rzecz!
Pamiętajcie o tym proszę. Wszystkie komentarze, kawy wirtualne i inne metody wsparcia są dla mnie bezcenne! I za wszystkie otrzymane w tym miejscu dziękuję.
Dobrej reszty dnia i pięknego kwietnia!



7 komentarzy
Gdy wiele lat temu przeczytałam książkę – po filmie – Pod słońcem Toskanii – wpadłam w swoiste uzależnienie od tego typu literatury. Potem znalazłam blog Polki w Toskanii, księżej Gospodyni. Wciągnął niesamowicie. Potem powstały nawet dwie książki na temat. A potem trafiłam na blog Pani Kasi,pamiętam początek, gdy były to opowieści i wJachach, powrotach do Polski i marzeniach. Przepadłam. Był taki inny. Niby życie, ale jakże odmienne 🤩 Było sielsko, było też trudno, ale ten trud sprawił, że było normalnie, i można było Sue w pewien sposób utożsamiać. A jakby wspaniale było przeczytać wersję książkową 🥰
Czas leciał. Zamiast książki o Kamiennym domu – pojawiają się kolejne przewodniki. Zamiast opowieści o życiu i radzeniu sobie z problemami, o radościach i kłopotach – tajemnica za tajemnicą. Znikają ludzie. Pojawiają się „duchy”. Nie, nie chcę nikomu włazić z kopytami, ale … Szkoda, że ten blog id początku nie był przewodnikiem, wtedy nie byłoby rozczarowania. Nie moje klimaty. ☹️Pewnie zagladnę sporadycznie,bo a niż widelec pojawi się jakaś wiadomość co z Mario czy z dziećmi, bo w pewnym momencie stali się jakby bardzo dobrymi sąsiadami zza płotu, ale….
Szkoda, no szkoda, kurde, jak mawiał klasyk
Odniosę się do wszystkiego punkt po punkcie…
Zamiast książki o kamiennym domu… – Pojawiają się inne, ale jak zawsze podkreślam, nie są to tylko suche przewodniki, jest w nich zawsze duży pierwiastek osobisty. Nie raz już pisałam, że wydanie samemu książki jest bardzo trudne – tylko garstka Czytelników niezmiennie odpowiada na moje prośby o wsparcie w tej kwestii – choćby w rozpowszechnieniu mojej strony, bo wiadomo, książkę trzeba potem sprzedać… Wydanie mojej historii, sprzedanie do niej praw autorskich wydawnictwu za kwotę, która ledwo wystarczy na opłacenie czynszu za miesiąc, jest dla mnie nieakceptowalne. Poza tym książka była już gotowa, ale musiałam ją przeredagować od nowa – na wyraźną prośbę mojej córki.
Ludzie nie znikają w tajemniczych okolicznościach – Mario nie ma na jego własną prośbę, ale zapewniam, że ma się dobrze i wraca do sił, co po jego wypadku jest niemal cudem. Uszanowałam jego wybór i powinni uszanować to również Czytelnicy. Dzieci nie zniknęły tylko DOROSŁY. To nie są już dwa bobasy paplające z mamą przy stole. O Mikołaju tak naprawdę co jakiś czas piszę, bo jednak te pięć minut kilka dni w tygodniu rozmawiamy. Lucy nie było u nas od stycznia. To już dorośli ludzie i też proszą mnie, żeby nie upubliczniać ich spraw. Tak trudno uszanować?
POjawiają się duchy… Duchy nie mają butów. Może problem jest w tym, że nie pokazałam Twarzy Drugiej Pary Hoka? Przecież tu już nie ma żadnej tajemnicy – bardziej jasno się nie da, a to, że nie ma twarzy czy imienia? Na to przyjdzie kiedyś czas.
Inne tajemnice? Było Bolońskie dziecko przez długi czas, bo – proszę wybaczyć – ale pisanie na żywo o tranzycji dziecka wydawało mi się niedopuszczalne.
O to właśnie chodzi ten blog od początku był prawdziwy – jak w życiu, dzieci dorastają, ludzie przychodzą i odchodzą, pojawiają się rany, goją się rany, są smutki i radości. I chyba w ostatnich właśnie latach ten blog dotknął ogromnie ważnych tematów – samotne wychowanie dzieci, traumy, problemy z pracą, tranzycja, depresja, przerażające diagnozy, ale też podróże, marzenia, miłość, spełnienie, dolce vita itd itp… Jeśli ktoś widzi w Domu z Kamienia tylko przewodnik, bo poleciłam ciekawy szlak i znów nie pokazałam nic więcej, a nie widzi całej reszty, to jest mi tylko tak po ludzku smutno. Szkoda, naprawdę szkoda.
Kasiu, ja tylko przypomnę, że to jest TWÓJ blog i TY wybierasz treści, którymi chcesz się podzielić. Nie masz obowiązku spełniać wymagań przypadkowych czytelników i nikomu się tłumaczyć ze swoich wyborów.. A trochę tajemniczości jeszcze nikomu nie zaszkodziło, wręcz przeciwnie – doskonale podkręca dynamikę opowieści. Tak trzymaj! Serdecznie pozdrawiam Obie Pary Hoka:)
Dziekuję za odpowiedzenie 🙂
Też czytałam bloga Małgorzaty M., bardzo mi go brakuje, pięknie pisała o sztuce, miała bardzo wrażliwe oko
Bloga pani Kasi czytam od początku, kawal życia, niestety nie jestem w stanie znieść instagrama, więc pewnie teraz mały ze mnie pożytek. Również tęsknie np za Mario, ale rozumiem, że takie jest życie, cos jest, coś się kończy,
Trekking, no cóż, jak dla mnie to z racji wieku i niektórych części kończyn dolnych wymienionych na sztuczne to w sferze marzeń ale poczytać i pooglądać piękne zdjęcia – sama radość /czekam niecierpliwie na książkę/. A prawie codzienne czytanie to dobre rozpoczęcie dnia – dziękuję! Poprzednie książki o Florencji pozwoliły mi polubić to miasto. Italię uwielbiam, staram się co roku po kawałeczku poznawać jej piękno, Pani Kasiu, jestem szczególnie wdzięczna za relacje z wystaw, raj dla duszy, no nie ukrywam że Mario mi w relacjach brakuje, toć on prawie rówieśnik, serdecznie pozdrawiam i zdrowia życzę. A te „tajemnice” nie da się ukryć, smaczku dodają:)
Jeszcze się taki nie urodził, co by wszystkim dogodził…
Gdyby było dużo rozmów przy stole, to znaleźliby się tacy, którzy by pisali – ‚mieszkasz w pięknym regionie pięknego kraju i zamiast nam go pokazać i o nim opowiedzieć, piszesz o czym gadacie przy stole’. 😄😄😄 Należy robić swoje i tyle. To Twój blog.