Prima aprilis
Po włosku żarty robione pierwszego kwietnia nazywa się kwietniowymi rybami – il pesce d’aprile. Mam wrażenie, że ostatnimi czasy ta tradycja nieco podupadła, choć oczywiście internet zalała dziś fala zdjęć fałszujących rzeczywistość i nawet ja sama na jedno przez sekundę się nabrałam. Tak czy inaczej wśród znajomych już chyba nikt nie ma na to czasu, ani chęci.
Dziś pesce d’aprile zrobiła nam tylko pogoda. Do doliny wpadł tak zimny wiatr, że nie wiadomo było, jak się opatulić, żeby się przed nim schronić. Taka mrożona ta kwietniowa ryba. Jak na złość dokładnie dziś na blisko dwa miesiące zamknęli nam biuro pocztowe i ustawili na parkingu prowizoryczny „pocztowóz”. To znaczy, że trzeba stać w kolejce na powietrzu, a dziś – tak jak wspomniałam – stanie na wietrze do przyjemności nie należało. Od jutra już na szczęście cieplej, pojutrze już całkiem dobrze, a w weekend to podobno luksusowo! Oby rzeczywiście tak było, bo nawet jeśli sady owocowe już przekwitły, to jednak wciąż wiosna nie może nabrać rozpędu.
Niemniej muszę przyznać, że dziś, jak już odcierpiałam swoje załatwiając sprawy w miasteczku, to nawet się z takiej aury ucieszyłam, bo na mailu pojawiła się książka do autoryzacji po drugiej redakcji. O wiele łatwiej zostać w domu kiedy za oknem hula wiatr ze wschodu.
Jeszcze w kwestii zmian
Wiem, że nie muszę się z niczego tłumaczyć, bo blog to moje miejsce w sieci, do którego zapraszam Czytelników i opowiadam o różnościach z mojego życia – o tych , którymi chcę czy też mogę w danej chwili się podzielić.
Wczoraj pojawił się komentarz, na który odpowiedziałam, ale też chciałabym się do niego odnieść tutaj.
Na pewno blog nie jest taki, jak kiedyś, bo wszystko się w życiu zmienia i myślę, że tak na to trzeba spojrzeć. Dzieci nie zniknęły – tylko dorosły, a o Mikołaju, który nadal ze mną mieszka co jakiś czas piszę – o jego pracy, miłości, zaangażowaniu, o kozach, plantacjach, murowaniu… O Lucy ostatnio nie piszę ani słowa, bo nie widziałyśmy się od stycznia, a poza tym musiałabym się powtarzać: ma się dobrze, na studiach zdaje wszystkie egzaminy na maksimum punktów (ostatni wczoraj) i niestety nadal jest bez pracy. Och! Może ktoś poszukuje nauczyciela lub kogoś do konwersacji po angielsku lub po włosku? Lucy jest praktycznie trzyjęzyczna. Jakiekolwiek zajęcie dla niej byłoby moją wielką ulgą…
Mario ma się lepiej, udało mu się nawet odnowić prawo jazdy i znów porusza się autem (sic!). Nieobecność na blogu jest jego wyborem.
O tym dlaczego książka Dom z Kamienia jeszcze się nie ukazała pisałam chyba kilka miesięcy temu. W międzyczasie ukazują się inne książki – czwarta już za chwilę i choć brzmią jak przewodniki, to moją ambicją było, żeby typowymi przewodnikami nie było. Wszystkie cztery istotnie naszpikowane są zapiskami z dzienników.
Tajemnice i sekrety…
Są takie sprawy, o których nie trzeba od razu głosić światu. Nie trzeba od razu publikować zdjęć, na wszystko jest czas.
Dom z Kamienia się zmienił, bo przez czternaście lat trudno, żeby wszystko było takie samo, ale jedno jest pewne – nigdy nie było i nadal nie ma tu udawania, sztuczności, pisania pod kliknięcia. Ja to zawsze ja, choć na pewno nieco inna ja. Ja tą siebie teraz wolę od tej kiedyś. Zdecydowanie.
Dobrego wieczoru i ciepłego powietrza!



Jeden komentarz
A ja Ciebie wolę tę „starą” i tę „nową”. W całości 🙂 Można? Można! Pozdrawiam. Hanka