Obiad
Jednym z żelaznych punktów naszej weekendowej wyprawy był obiad w tym samym miejscu, w którym posilaliśmy się w czasie livorneńskich wojaży. Urzekła nas wtedy nie tylko doskonała kuchnia, ale też gościnność właściciela. Myślę, że ilekroć jeszcze zawitamy w te strony, będziemy to miejsce odwiedzać, bo w naszej prywatnej klasyfikacji w czasie wspólnych wojaży jest w ścisłym gastronomicznym top.
Tym razem, tak jak już opowiadałam trzy dni temu we wstępie do tej opowieści, wlaściciel przywitał nas pytaniem o prysznic i chwilę potem wybuchem radości z wygranego zakładu.
Zaraz potem pozwolił nam wybrać najwygodniejszy stolik i podał menu, przypominając, że wszystkie makarony są ich własnej produkcji.
Zamówiliśmy same pyszności, niemniej wszystko przebił węgielny czarny chleb z masłem czosnkowym i puszką acciughe. Na początku wytrzeszczyliśmy oczy na taki widok, no bo jak to tak w restauracji podać komuś konserwę??? Kiedy jednak ułożyłam na kromce dwa fileciki słonej rybki i udekorowałam to żółtymi pomidorkami confit, oczy wytrzeszczyłam jeszcze bardziej.
– ??? – popatrzył na mnie pytająco.
– Sam spróbuj! To jest fenomenalne.
Kiedy chwilę potem znów pojawił się właściciel, żeby zapytać czy wszystko porządku, przyznaliśmy szczerze, że byliśmy nieco skonfundowani na widok puszki, ale potem…
– Bo to nie jest zwykła puszka ze sklepu – zaśmiał się – takie puszeczki to się u jubilera kupuje!
Trudno o trafniejsze określenie.
Dojedliśmy wszystkie smakołyki, pożegnaliśmy się serdecznie z obietnicą powrotu i ruszyliśmy znów w stronę Calci, a tak naprawdę w stronę leżącej tuż obok Caprony.
Torre di Caprona
Caprona to miniaturowa miejscowość, nad którą na skalnym zębie góruje stara torre, czyli wieża. Przykuła naszą uwagę już w czasie poprzednich wojaży, kiedy zmierzaliśmy do Rocca di Ripafratta, więc zaraz po powrocie wyszukałam jak do niej dotrzeć i tak oto w niedzielne wczesne popołudnie ruszaliśmy na kolejny trekking.
Do wieży można dotrzeć właśnie z Caprony, zaraz na opłotkach jadąc w kierunku góry, mijając stare kamieniołomy znajduje się początek szlaku. Do wieży dociera się po krótkiej, choć momentami stromej wspinaczce już po około 20 minutach. Szlak jest bardzo przyjemny, bo wiedzie głównie przez gaje oliwne oraz wśród pięknie kwitnącego o tej porze roku cisto. Tutejsza ziemia kolorem przypomina Crete Senesi, zdaje się być pokruszoną na miazgę cegłą.
– Weźmiemy koc? – zapytał zanim oddaliliśmy się od auta – po obiedzie i po takiej nocy dobrze byłoby odpocząć nim ruszymy w powrotną drogę.
Torre degli Upezzinghi jest tak naprawdę dziewiętnastowieczną kopią wieży zwiadowczej z XI wieku, która była łącznikiem z Rocca di Verruca. O całym systemie komunikacji między warowniami opowiadała bardzo barwnie przewodniczka w Vicopisano. Podobno warto w te strony zawitać w czasie festy Fumo Rosso – która jest pięknym zobrazowaniem tamtych „zwyczajów” czy też systemów.
W 1289 roku na wieżę i zamek, po którym dziś nie ma już śladu najechały wojska toskańskich Guelfów, pokonując pizańskich Ghibellinów. W najeździe tym brał udział sam Dante Alighieri, który wspomina tamte wydarzenia w XXI pieśni Piekła Boskiej Komedii.
Dziś wieża jest przede wszystkim spektakularnym punktem widokowym. Zaraz u jej stóp rozciąga się gaj oliwny, który stał się naszym przystankiem na popołudniową drzemkę. Przebumelowaliśmy tam chyba dobre dwie godziny, ale było tak pięknie, że gdyby nie to, że czekały nas jeszcze blisko trzy godziny drogi do domu (przy dobrych wiatrach!), to leżelibyśmy tam do wieczora.
Poza tym poza samą drogą, mieliśmy jeszcze na liście jedno malutkie, skromne miejsce, jeszcze bardziej ukryte, jeszcze bardziej nieturystyczne.
Buti i świątynia bez dachu
Tak, jak moją osobistą ambicją było zobaczenie na własne oczy wszystkich Ostatnich Wieczerzy florenckich (wciąż jednej brakuje), tak teraz naszym wspólnym fiksum dyrdum są zamki, wieże, warownie – im bardziej zrujnowane i ukryte, tym ciekawsze. Na początek oczywiście Toskania.
Nim ruszyliśmy w podróż spędziłam sporo czasu na przeczesywaniu internetu w poszukiwaniu innych ciekawostek na tych terenach i tak oto znalazłam jeszcze jedno miejsce, które bardzo nas intrygowało – Buti ze swoim Castel Tonini i pobliskim Castel di Nocco.
Buti to maleńkie miasteczko ukryte w dziczy Monti Pisani, maleńkie, ale bardzo przyjemne, kolorowe i żywe.
Jego najbardziej imponującą budowlą jest Castel Tonini, którego ostatecznie nawet nie sfotografowałam. Byliśmy już przesyceni ilością przyjętych bodźców i mimo długiej drzemki, zamek podziwialiśmy „na lenia” sącząc w barze tradycyjne aperitivo. Castello tak czy inaczej od 2025 znów jest udostępniony zwiedzającym.
Obecna budowla została oczywiście poddana licznym modyfikacjom, ale pomiędzy XII i XV wiekiem oryginalna średniowieczna budowla pełniła ważną funkcję obronno – komunikacyjną tworząc system ośmiu fortec. Również i o tę fortyfikację walczyły ze sobą zacięcie: Lukka, Piza i Florencja.
Nim dotarliśmy do Buti – dosłownie kilometr wcześniej, przejechaliśmy przez inne średniowieczne borgo, w pobliżu którego znajdują się pozostałości warowni – Castello di Sant’Agata.
Było już późno, kiedy ruszaliśmy w drogę powrotną, więc na dokładne zgłębianie okolic Buti przyjdzie jeszcze czas, ja tamtego dnia chciałam przede wszystkim zobaczyć inną lokalną ciekawostkę – średniowieczny kościół San Michele Arcangelo, zbudowany prawdopodobnie na miejscu pradawnej rzymskiej świątyni, i z którego dziś ocalały tylko zewnętrzne mury i ołtarz.
W stronę domu
Nie mieliśmy wątpliwości, że wszystkie szybkie drogi w stronę Florencji będą w niedzielny wieczór zatkane na amen. Zerknęliśmy jednak co radzi google i – tak jak było do przewidzenia – wybraliśmy podrzędne drogi. Nawet jeśli podróż powrotna miała nimi trwać blisko cztery godziny, to lepsze było to, od czterech godzin stania na autostradzie i tylko co jakiś czas przesuwania się w ślimaczym tempie.
Przy okazji złapaliśmy inspirację na nowe wojaże – bo tych przecież nigdy dosyć. Tymczasem dotelepałam się do czwartku, zaraz na starcie stanie nowy weekend, na który już są skromne plany, ale przede wszystkim jutro są pewne ważne urodziny. Kto zgadnie jakie?
Dobrego popołudnia!
Jeszcze raz obydwie rolki, a może cały profil IG Domu z Kamienia:
https://www.instagram.com/kasiano_dom_z_kamienia/



5 komentarzy
Taaaa, pisze Pani tak smakowicie, że ślinka z ust cieknie. A może by tak jakiś toskański przepisik? Hę? Że tak skromnie zapytam?
Tak! Biję się w pierś! Bardzo zaniedbałam kuchnię, a paradoksalnie teraz odchodzi takie gotowanie, że świat nie widział:)
A jak się nazywa to miejsce, gdzie tak dobrze jeść dają? Reklamuj Kasiu. Ja chętnie się tam wybiorę z mężem, jak będziemy w Toskanii.
Osteria Broccoletti! Jutro podlinkuję we wpisie! <3 Masz rację trzeba reklamować!
Dziękuję. Na pewno się tam pojawimy z mężem, jak zawitamy do naszego kamiennego domku w Toskanii. 🙂