Zakazane rewiry
Jak już wspominałam przy innej okazji, każde z nas ma w telefonie założony osobny katalog na zamkowe znaleziska – posty, rolki, video… I tak jedną z najbardziej wyczekanych wypraw była ta do ruin Fortecy Verruca. Tak naprawdę była w naszym żelaznym planie już w czasie weekendu livorneńskiego. Kiedy jednak szukając wskazówek, jak do niej dotrzeć, natrafiliśmy na filmy odstraszające ciekawskich, trochę ostudziło to nasz zapał i ostatecznie z tej wyprawy zrezygnowaliśmy. Na filmach pokazywane były (w sposób wyolbrzymiony i nieco przekłamany – teraz już to wiemy) działania wandali i, co gorsza, użyte jako przestroga, że ktokolwiek postawi tam stopę, będzie wzięty właśnie za potencjalnego wandala.
Verruca nie dawała nam jednak spokoju…
Poza tym z tamtej wycieczki pozostał jeszcze jeden niezaspokojony apetyt – forteca w Vicpisano zaprojektowana przez Brunelleschiego.
Plan na sobotę był zatem taki: najpierw zwiedzamy dzieło słynnego architekta – upewniłam się w rozmowie telefonicznej, że o 17.00 rusza ostatnie zwiedzanie Rocca di Brunelleschi, a potem jedziemy do Marina di Pisa na kolację i na spanie. W niedzielę mieliśmy wrócić w głąb półwyspu i zacząć naszą niedzielę na ziemiach pizańskich od Fortecy Verruca.
Przymusowa zmiana planów
Dotarliśmy do Vicopisano dziesięć minut przed czasem. Pogoda była zachwycająca – letnie już prawie gorąco łaskotało przyjemnie słońcem i ciepłym wiatrem, nasączone było śpiewem ptaków i pachniało akacjami.
Stawiliśmy się przed bileterem punktualnie o piątej, a ten obwieścił zaraz, że jest opóźnienie, bo czekają jeszcze na większą grupę, która już zmierza do Vicopisano.
Zeszliśmy więc do miasteczka na skromne aperitivo, a kiedy wróciliśmy o wyznaczonej porze, bileter i przewodniczka rozłożyli bezradnie ręce…
– Jeszcze ich nie ma. Może wróćcie jutro?
– Na jutro mamy już inny plan. Poczekamy.
Usiedliśmy przed Palazzo Pretorio, a po chwili On powiedział:
– Mam świetny pomysł – tu wyciągnął się na ławce z głową na moich kolanach i kilka chwil później spał snem sprawiedliwego.
Siedziałam tak wsłuchując się w kwietniowo letnią muzykę ptaków i wiatru. Właściwie nie musiałam już nigdzie iść. Świat mógł się w tamtej chwili zatrzymać albo choć na chwilę zwolnić.
W pewnym momencie z okna palazzo wychyliła się przewodniczka.
– Zdaje się, że szybko nie dotrą…
– A nie moglibyśmy zwiedzić sami, zanim dojadą, nawet w skrócie?
– Nie, nie – przewodniczka była nieugięta.
– No nic…
Zaraz przydreptał do nas bileter, zwrócił pieniądze, przeprosił kilka razy i poradził, żeby jednak na drugi dzień spróbować wrócić, bo naprawdę warto.
– To co robimy?
– Mówiłaś, że tu wyżej jest jakiś punkt widokowy… Jedziemy zobaczyć jak tam jest?
Dwadzieścia minut później dotarliśmy do gigantycznej ławki.
Znów byliśmy dziećmi, a na zdjęciach nawet tak wyglądaliśmy.
Rocca di Verruca
Siedzieliśmy na ławce dłuższą chwilę, bo widok był niezwykły, tak jak niezwykły był cały moment.
– Ciekawe jak daleko jest stąd do Verruca… – powiedział i wyciągnął telefon – wow! Tylko 15 minut na piechotę!
– Serio?
Wymieniliśmy porozumiewacie spojrzenie i zaraz poderwaliśmy się z ławki. Rocca była dokładnie za naszymi plecami. Majaczyła jak kostropate wykończenie naturalnego wulkanu. I tu zrozumieliśmy, że film, który widzieliśmy kilka tygodni wcześniej był tylko głupim odstraszaczem.
Szlak do wznoszącej się na wysokości 537 metrów n.p.m. Rocca di Verruca, jest czytelnie oznaczony oficjalnymi tabliczkami.
Dawniej była to najważniejsza fortyfikacja Repubblica di Pisa, nazywana „okiem pizańczyków”. Pierwsze wzmianki o niej pochodzą sprzed tysiąca lat. Tuż obok znajdują się też pozostałości Monastero di San Michele alla Verruca z X wieku.
Z miejscem tym wiąże się wiele historii i legend. Najciekawsza jest moim zdaniem ta, której bohaterem jest sam Leonardo da Vinci. Podobno wezwany do Vicopisano, wdrapał się do Rocca di Verruca, żeby z tej wysokości obmyślić i zaprojektować zmianę biegu Arno. Geniuszowi pozornie sprawa wydała się prosta, ale ostatecznie projekt okazał się kompletnym niewypałem i Leonardo z podkulonym ogonem miał powrócić do Florencji.
A co potem...
Szlakiem dotarliśmy do murów rokki. Niestety szybko okazało się, że choć szlak był pięknie oczyszczony i przygotowany, to sama forteca zamknięta była na głucho. Zamknięty był każdy, nawet niedozwolony otwór, co On oczywiście naocznie sprawdził. Tak czy inaczej byliśmy uradowani tym, że w końcu udało nam się tu dotrzeć. Samo usytuowanie fortecy warte jest zachodu. Wznosi się na skalnym rogu, skąd rozciąga się widok niemal na wszystkie strony świata. Widać stąd Pisę, Livorno, archipelag toskański, Abetone i wiele więcej…
Wróciliśmy do „G” i – tak jak wczoraj opisałam – urządziliśmy pierwszy polowy prysznic.
A co było dalej? O tym już oczywiście jutro…



6 komentarzy
Pięknie Kasiu wyglądasz! Szczęście na twarzy i ta zawadiacka grzywka odjęły ci co najmniej 10 lat!
Pozdrawiam serdecznie i oby tak dalej 🙂
Dziękuję <3
Miłość odmładza ,,,
Cudna ławka, cudna Kasia i wszystko wokół niej.
Zdjęcie na ławce na okładkę bloga, książki gdziekolwiek, jest piękne!
dziękuję <3