Plantany
Gdybym zobaczyła je w sklepie pomyślałabym, że to niedojrzałe banany… Tymczasem to plantany, nazywane bananami warzywnymi. Lucy przywiozła je z Bolonii. Ona w swoim mieście zna już chyba wszystkie sklepy spożywcze z produktami z różnych części świata. Co jakiś czas pisze mi na WhatsApp uradowana jakimś nowym super egzotycznym znaleziskiem. Uwielbia eksperymentować w kuchni i – jak wszystko, czego się dotknie – wychodzi jej to po mistrzowsku. Co jakiś czas, kiedy przyjeżdża do nas, serwuje i nam coś wyszukanego. Uwielbia mieć dla kogo gotować. I wczoraj miała okazję przygotować wyjątkową kolację, o której marzyła już od wielu tygodni. Jeszcze wczoraj o świcie nie śmiałam nawet marzyć o takim wieczorze, a tymczasem cuda czasem przychodzą sobie same, kiedy nikt ich na kolanach nie błaga.
Lucy przyrządziła swoje popisowe chili. Przytachała ze sobą z Bolonii całą torbę sekretnych przypraw i zafundowała nam królewską ucztę. Do chili i ryżu podała właśnie smażone plantany, które zostały przyjęte z wielkim entuzjazmem.
Piękny to był wieczór… Piękny, nieco abstrakcyjny, czy też surrealistyczny i niezapomniany.
Niedziela przejmuje pałeczkę
Niedziela jak kolejny zawodnik w sztafecie roku przejmuje pałeczkę i zaczyna drugą połowę listopada. Lato świętego Marcina schodzi z afisza. Przed nami tydzień brzydkiej pogody – ma być deszczowo, a w następny weekend nawet przebąkuje się o śniegu z deszczem…
Na dziś plany mgliste i jeszcze niewyraźne, tak jak niewyraźne jest dziś niebo nad Biforco – ani deszczowe, ani pogodne, nijakie takie. Jedynie wieczór planowo jest klarowny – tradycyjna pizza z przyjaciółkami. A co do reszty… Staram się nie wybiegać myślami do przodu, staram się brać to, co przychodzi z chwili na chwilę. Jeśli dzieje się pięknie, skupić się na tym „pięknie”, jeśli dzieje się źle, tłumaczę sobie, że to tylko na chwilę i zaraz znów będzie pięknie. Nie zawsze mi się to udaje, ale pracuję nad tym.
Optymizm jest oprogramowaniem, które mam wgrane na stałe. Czasem tylko boję się, że za jego przerost życie znów da mi prztyczka w nos. Nie wiem z czego to wynika – taki głupi strach, że jak będę myśleć pozytywnie, to dostanę po łapach. Z drugiej strony jak patrzę w przeszłość, to myślę sobie, że ta brawura wyszła mi do tej pory tylko na dobre. Gdyby nie ona, nie byłabym tu, gdzie jestem, ani tym, kim jestem.
***
Jeszcze update „popoślizgowy”… W sobotę Mikołaj wrócił wczesnym wieczorem uradowany z naprawionego Gratka. Tata Cateriny nie tylko znalazł drzwi, ale też je zamontował. Szczęśliwy był Mikołaj podwójnie – po pierwsze dlatego, że miał naprawiony samochód, a po drugie nauczył się nowej rzeczy.
Dobrej niedzieli!



5 komentarzy
Zawsze, ale to zawsze Kasiu szklanka jest w połowie pełna, a nie w połowie pusta. Pozdrawiam. Hanka
Cieszę się Twoją abstrakcyjno-surrealistyczną kolacją ❤️
<3 tak staram się myśleć, tylko ostatnio różnie z tym bywa...
Optymizm nie jest naiwnością. Pomaga cieszyć się chwilą, drobiazgami ale tez pomaga realizować najbardziej „szalone” plany i marzenia. Tego się trzymać dalej i to mocno!
Dziękuję <3 To prawda...