Niedzielny spacer
Niedziela nie była spełnieniem planowych marzeń, ale też nie mogłam narzekać, bo wszystko tak się szczęśliwie poskładało, że znalazł się czas na treningowy wycisk dłuższy niż zwykle, na obiad z dziećmi, na upieczenie po raz pierwszy od dawna ciasta, na długie – naprawdę długie pisanie i podgonienie pracy nad książką, na samotny spacer i na pizzę z przyjaciółkami.
Początkowo prognozy pogody nie dawały cienia nadziei. Miało lać od rana do wieczora, tymczasem przez cały dzień ciepły wiatr gonił po niebie ołowiane chmury, z których ostatecznie nic nie wynikło.
Nie poszłam ostatecznie w góry, bo – tak jak wspomniałam – plany marzeń się nie zrealizowały, ale na pocieszenie zafundowałam sobie spacer po Marradi, żeby tyle ile się da, z ostatniego tak ciepłego dnia skorzystać.
Liście z niektórych drzew już całkiem opadły, inne jeszcze się trzymają. Gałęzi trzymają się też kaki, które na łysych drzewach wyglądają jak bombki na choince, która stoi do Wielkanocy. To taki listopadowy emblemat.
Przyjemna aura zaskoczyła wczoraj wszystkich i na Via Francini po południu zapanował wyjątkowy ruch. Spacerowicze korzystali do zmroku z życzliwej temperatury.
Zmiana pory roku
Pod koniec tygodnia zapowiadany jest śnieg. Niby tylko jeden dzień, ale podobno obficie. Od dawna już nie widzieliśmy prawdziwego śniegu w Dolinie Lamone. Mikołaj i Caterina na pewno się ucieszą, bo obydwoje są zimolubni, czego na pewno nie można powiedzieć o mnie…
Tak czy inaczej smęcić z powodu śniegu nie będę, bo żaden to powód do smętów. Żeby tylko człowiek takie miał problemy… Mam tylko nadzieję, że nie będzie to największy armagedon świata, bo akurat tego dnia muszę się przetarabanić na drugą stronę Apeninów.
Jesień tym samym wchodzi już w ostatnią fazę. Opada z kolorowych sił, dni coraz bardziej ubogie w światło i w końcu trzeba się też bardziej przyodziać, bo zimno zacznie wciskać się każdą szparą, nawet tu, pod słońcem Toskanii.
Pięknego dnia!


