Łzawy początek
Październik przyszedł z płaczem, jeszcze mu nikt nic nie powiedział, a już łzami się zalewa i dramę urządza. Już od jutra ma mu się podobno humor poprawić i oby tak było, bo przecież już w najbliższą niedzielę w Marradi pierwsza kasztanowa sagra!
Tymczasem dobra rzecz jest taka, że wrzesień w tym roku minął mi niemal bez roztkliwień nad tym, że już jesień u progu, bo albo przeżywałam sierpniową wyprawę albo przygotowywałam się do wrześniowej, a po drodze jeszcze tyle się działo, że czasu na melancholię już zabrakło.
A teraz czas na październik, który jeśli pogodowo będzie tym, czym powinien być toskański październik, to tylko się cieszyć, gdyż jest to na pewno najbardziej fotogeniczny i najsmaczniejszy moment w całym roku.
Październik w Toskanii
Październik to moment wyjątkowego światła, które sprawia, że zarysy Apeninów łagodnieją, że kolory mimo niezwykłego bogactwa już nie rażą w oczy. To czas kiedy przed barem znów zaczyna się szukać stolików na słońcu, czas, kiedy po południu nad dachami pojawiają się pierwsze smugi dymu. W powietrzu zaczyna się rozchodzić zapach pieczonych kasztanów. Pod stopami ściele się dywan pierwszych zeschniętych liści. Październik ma też prymat w kwestii zachodów słońca i w tym go nawet mój ulubiony, ukochany czerwiec nie przebije. Październik to grzyby, trufle, a po letnim okresie z „pasta fredda”, powracająca ochota na ragù, ribollitę i polentę. Październik to nadal efemeryczne cyklameny, a w ogródkach astry i girasolini. Październik to szal bardziej dla fasonu, to okulary słoneczne na nosie, to jeszcze złotawa opalenizna i włosy rozwiane ciepłym wiatrem…
Październik, jeśli wypełnia swoją powinność, jest w Toskanii naprawdę do kochania.
Na chwilę wskakuję w mocno lekcyjny rytm. Będę też gonić od sagry do trekkingów, treningów, nadrabiania powakacyjnych zaległości.
Powoli też zaczynam układać plan kolejnej wyprawy, która zacznie się za kilkanaście dni, a po głowie wciąż tłucze się myśl o wyprawie samotnej – tym bardziej, że zostały z mojego założonego planu jeszcze trzy długie trasy do przejścia. Zobaczymy jak to się wszystko poukłada.
Tymczasem Bobas z Domu z Kamienia zrobił oficjalnie licencję traktorzysty, czym sam jest trochę przejęty i onieśmielony. Mam nadzieję, że wszystko mu się poukłada tak, jak sobie wymarzył i że będzie coraz bardziej rozwijał skrzydła.
Lucy zaczęła trzeci rok studiów i wciąż bezskutecznie niestety szuka pracy. Są dziedziny, w których wiedzie nam się pięknie, a są też takie w których bywa trochę wyboiście.
Tak czy inaczej… jakoś to będzie!


