Pieczątka w Pomonte
W czwartek rano wstałam ciemnym jeszcze świtem, spakowałam plecak i poszłam do Pomonte, żeby dostać w końcu ostatnią pieczątkę. Niestety na całej trasie GTE zbieranie pieczątek nie jest wcale łatwe. Ostatecznie tę ostatnią dał mi hotel – ale nie pieczątkę Grande Traversata, tylko zwykłą firmową, ot tyle żeby poza zdjęciami mieć dowód na to, że wszędzie dotarłam.
Dzień malował się pięknie, widoczność była niezwykła, Korsykę widać było jak na dłoni, zdawała się być tuż tuż, na wyciągnięcie ręki.
Wypiłam w Pomonte moją ulubioną caffè latte i wróciłam do Chiessi, gdzie Olga czekała już na mnie na przystanku. Autobus miał zjawić się za pół godziny i powieźć nas do Portoferraio, gdzie o 13.00 miałyśmy wsiąść na prom do Piombino. Miałyśmy przed sobą kilka godzin na zabawę w turystki w największym miasteczku Elby.
Portoferraio
Przede wszystkim warto wiedzieć, że autobus jest całkiem wygodnym środkiem transportu na wyspie. Wcześniej wiele nasłuchałam się o tym, że bez auta na Elbie to klops, tymczasem dla kogoś, kto lubi chodzić, a na dłuższych asfaltowych odcinkach chce się wesprzeć transportem publicznym – Elba jest miejscem wymarzonym.
Podróż z Chiessi do Portoferraio trwała wprawdzie ponad godzinę, ale była to godzina pięknych widoków, więc trudno było narzekać.
Portoferraio przywitało nas słońcem, choć na rano zapowiadany był deszcz. Szczęśliwie kolejne zawirowanie pogodowe nas ominęło i w spokoju mogłyśmy przeczesywać miasteczko krok za krokiem, uliczka za uliczką, schodki, bary, okienka, mury, dziedzińce, kwiaty, wybrzeże, port…
Nie będę dziś opowiadać historii tego miejsca, bo nasz spacer przynajmniej dla mnie nie był w tym duchu. Był jedynie snuciem się wolnego elektronu, zatrzymywaniem wzroku na drobiazgach, detalach, duperelach.
Kiedyś na Elbę wrócę, kto wie… może w przyszłym roku? Chcę jeszcze raz pokonać GTE, ale tym razem z północną wersją czwartego etapu.
Przeszłyśmy przez port, złapałyśmy jeszcze kilka kadrów, a potem w oddali zamajaczył zacumowany statek toremar, więc zmęczone pomyślałyśmy, że w sumie to już możemy wejść na pokład i tam sobie poczekać. Okazało się jednak, że nie był to nasz prom, tylko wcześniejszy, który właśnie szykował się do wypłynięcia.
– Wsiadajcie! – zaprosił szerokim gestem mężczyzna z obsługi.
– Ale my mamy bilety na następny kurs.
– To nic, wsiadajcie.
I tak oto zupełnie niechcący udało nam się zawitać do Piombino wcześniej niż było zaplanowane, dzięki czemu zyskałyśmy dodatkowy czas na spokojny obiad, który jak zgodnie oceniłyśmy był drugim w naszej prywatnej klasyfikacji najlepszych posiłków elbańskiej wyprawy.
Prom zaczął oddalać się od brzegu, Elba powoli niknęła, robiła się mniejsza i mniejsza. Oto kończyła się nasza, tak bardzo wyczekana, przygoda. Z jednej strony smutek ściskał mi gardło, bo zawsze jest smutno, kiedy kończy się coś miłego, ale z drugiej strony cieszyłam się na myśl o powrocie, bo odkąd mieszkam w Biforco „powrót” przestał być utrapieniem, a stał się czymś pięknym.
Szczegółowo o szlaku – tak jak już zaznaczyłam na początku opowieści – opowiem w książce. Dziś napiszę tylko tyle, że nie jest to szlak dla wszystkich, jest to szlak bardzo wymagający – nie tylko dobrej kondycji, ale też zwinności i odwagi. Na pewno nie dla kogoś kto ma lęk wysokości, przestrzeni, czy cierpi na zawroty głowy. Jednocześnie jest to szlak piękny, surowy, pachnący rozmarynem, mamiący w oddali lazurem. Szlak warty każdego wysiłku i trudu.
Tu jeszcze rolki o tym – jak ZACZYNAŁA i jak KOŃCZYŁA https://www.instagram.com/p/DPJTX76DHgE/ się ta przygoda.
Dobrej reszty dnia!


