Budzenie
Pierwszy budzik dzwoni teraz o 4.20, następny o 4.30, ostatni o 4.40. Każdy ma inny dźwięk, więc wiemy, co każdy z nich oznacza. Te budziki są po to, żeby rankiem, nim wciągnie wir pracy, tak zwyczajnie pobyć ze sobą. Nie można po prostu wstać i iść każdy do swoich zajęć.
– Lubię patrzeć na Biforco, kiedy wszyscy jeszcze śpią – powiedział dziś przy śniadaniu – wszyscy na pewno nie, ale wiesz, o czym mówię…
– Tak! Ja też, odkąd pamiętam… Zawsze stawałam w oknie przed piątą, kiedy szykowałam dzieciakom śniadanie i nie mogłam się nadziwić. Ranek jest leniwy, bar dopiero za chwilę się otworzy, lubię patrzeć, jak obsługa powoli zaczyna się krzątać…
Kefir, jogurt, migdały, caffe’, siemię lniane, owoce, pappa reale, wieloziarniste ciasteczka. Przy nim zaczęłam jeść regularnie zdrowe śniadanie. Wcześniej łapałam tylko kawę, a potem różnie bywało – w zależności ile było lekcji i z kim.
W ogóle jedzenie zajmuje ważne miejsce w naszym życiu. W moim zawsze zajmowało (no poza tym śniadaniem), a teraz miło mi to celebrowanie dzielić z bliską osobą.
Zakupy
– Czyli jutro nas nie interesują, pojutrze też nie, bo Colombaia, w sobotę mamy San Martino, czyli wychodzi na to, że przy dobrych wiatrach w domu zjemy dopiero w poniedziałek.
– A niedziela?
Wzruszył tylko ramionami, jakby chciał powiedzieć, że skoro trzy najbliższe wieczory jemy w terenie i bawimy się jakby jutra miało nie być, to prawo serii może przeciągnąć się do niedzieli.
Z tymi zakupami to jak gra strategiczna… Ale rzeczywiście – dziś kolejny czwartek, czyli mercatini na marradyjskim placu i lokalne przysmaki, jutro kolacja rybna ze stałym menu w jednej z tutejszych restauracji, w sobotę święto dzika w San Martino, w niedzielę… na ten moment nic, ale aż strach się bać, co tu się jeszcze wykluje.
Pięknego prawie weekendu!


