Schody i koncert
Dawno już nie byłam we Florencji tak, żeby snuć się bez celu jak wolny elektron, nie patrzeć na zegarek, nie biec nigdzie, nie pędzić… Brakowało mi takiego dnia i taki właśnie dzień przydarzył się wczoraj…
Przez to, że moje wypady do Florencji zwykle dyktowane są różnymi zobowiązaniami, najczęściej nie mam czasu na zatrzymanie się na dłużej tam, gdzie bym chciała, nie licząc oczywiście muzeów.
Za każdym razem, kiedy po południu wspinałam się na Piazzale Michelangelo i fotografowałam ludzi oblepiających słynne schody, na których zwykle występują uliczni muzycy, żałowałam, że nie mam czasu, żeby też już nigdzie nie iść, tylko usiąść, słuchać muzyki i zatopić wzrok we florenckich dachach.
I tak oto w piękne, kwietniowe popołudnie, skąpane w wiosennym słońcu siedziałyśmy na schodach z napitkiem w ręku, słuchałyśmy sobie muzyki i przez chwilę nie istniało, żadne muszę, powinnam, żadne jutro, żadne wczoraj… Istniał tylko ten jeden wyjątkowy moment nasączony emocjami, tak jak powietrze nasączone było zapachem glicine…
Glicine
Tak naprawdę na wczorajszą sobotę we Florencji miałyśmy jeden tylko punkt planu – podziwianie rozkwitu glicine w Ogrodzie Bardini. Kiedy jednak zawitałyśmy najpierw pod jedno wejście, przed którym kolejka zdawała się nie mieć końca, a potem pod drugie, gdzie sytuacja była dokładnie taka sama, popatrzyłyśmy na siebie i zgodnie stwierdziłyśmy, że szkoda nam czasu. Do kolejek zdecydowanie nie mam cierpliwości.
Tak czy inaczej Florencja tonie teraz w kiściach glicine. Nie tylko przy willi Bardini rozgrywa się spektakl. Te niezwykłe kwiaty oblepiają tarasy, zwisają z murów, dyndają nad głowami przechodniów, wiszą nad oczkami wodnymi, czarują spacerowiczów w Ogrodzie Róż… Spacer po Florencji to teraz prawdziwa glicynowa uczta!
Tak dobrze...
Tak było dobrze, niespiesznie, smacznie, pachnąco i ciepło!
Przeszłyśmy nieco szybciej przed Duomo, żeby tylko pozdrowić Santa Maria del Fiore, a potem oddaliłyśmy się od traktu turystycznego, zatapiając się w chaosie straganów na Sant’Ambrogio, z przystankiem na obiad na targu u Rocco. Potem snułyśmy się uliczkami Santa Croce zajadając truskawki z Sycylii, wstąpiłyśmy na dziedziniec Le Murate, żebym przynajmniej miała czyste sumienie, że pokazałam M. coś nowego i pierwiastek edukacyjno poznawczy też się pojawił. Na placu głównym zaplątałyśmy się znów pomiędzy stragany festiwalu czekolady walcząc z pokusą, bo słodkości z Piemontu mamiły nieprzyzwoicie i w końcu znalazłyśmy kawałek Łąki Dyzia w ogrodzie róż i przez chwilę nigdzie nie szłyśmy…
Było tak dobrze!
Dwa dni minęły nam sielsko, w wiosennej aurze, w pięknym słońcu, pomiędzy morzem i Florencją. Dziś niestety zawitał do nas deszczowy front, więc z zaplanowanego trekkingu pewnie nic nie będzie, ale myślę, że odpoczynek jest nam bardzo potrzebny, a Bar Biforco zawsze jest miłym przystankiem w ciągu dnia.
Pięknej niedzieli!
I jak zawsze filmowe podsumowanie: ROLKA



Jeden komentarz
Jak zwykle cudowne zdjęcia Najmilszej:)