Bez przesady!
Kiedy w poniedziałek wracałam z Castellone i przechodziłam obok zbocza, na którym każdego roku znajduję pierwsze kwitnące fiołki, instynktownie rzuciłam okiem, choć przecież nawet zima oficjalnie jeszcze się nie zaczęła.
– No bez przesady! – powiedziałam sama do siebie – Fiołki na początku stycznia są szaleństwem, a co dopiero na początku grudnia…
Rzeczywiście „scarpata” zrobiła się zielona, ale żaden kwiatek jeszcze nie zakwitł.
Dwa dni później natomiast wracałam z Marradi z zakupami i nagle mignęło mi przed oczami coś fioletowego. Aż się zatrzymałam z wrażenia. Przy ogrodzeniu, tuż obok drogi śmiały się do mnie dwa kwiatki. Dwa najprawdziwsze fiołki.
Ja wiem, ja wiem, nie ma się zupełnie z czego cieszyć, bo to tylko dowód na to, że w przyrodzie źle się dzieje, że klimat się zmienia na naszych oczach.
Abstrahując jednak od tego co jest anomalią, muszę przyznać, że taki widok wywołał uśmiech, bo choć przed nami jeszcze cała zima, to jednak następna w kolejce jest wiosna. Czy wiecie, że w tych dniach zachód słońca w mojej strefie – czyli prov. Firenze jest o 16.36 i już z tej strony dzień się bardziej nie skróci? W niedzielę słońce zajdzie o 16.37 i dalej co kilka dni ten czas znów zacznie się zwiększać… To jest coś, co niezmiennie każdego roku mnie cieszy. Niezauważalne na początku minuty, które dają bezmiar radości.
Zrywy i porywy
Ostatnie dni są sinusoidą, są niekończącym się ciągiem fal zrywów i porywów najróżniejszych. Dobrych i niedobrych, twórczych i tych, które odbierają sen.
Kiedy przychodzi „dobry poryw”, to jestem w stanie zdziałać cuda. I tak w środę miałam wrażenie, że przeszłam samą siebie, co też jest dowodem, iż system, żeby mieć w tygodniu jedno popołudnie wolne zdaje egzamin, bo jestem w stanie zrobić coś więcej oprócz zatruwania ludziom życia przyimkami i zaimkami.
Tekst książki urósł o jeden rozdział i to jest wielki sukces, bo powoli zaczyna robić się nerwowo. Tym razem moja praca nad tekstem nie jest systematyczna – albo przez dwa tygodnie nie dopisuję słowa albo wpadam „w cug” i piszę bez opamiętania.
W środę zobaczyłam przed barem samochód kuriera, od którego i ja i Mikołaj spodziewaliśmy się paczki. Kurier skręcił w moją uliczkę, więc zerwałam się do drzwi, żeby otworzyć i przyjąć go z otwartymi rękami, ale ten tylko na chwilę się zatrzymał i odjechał… Pewnie to ktoś nowy, bo przed świętami personelu na tym polu brak i nijak nie zrozumiał, gdzie są nasze drzwi.
I mi i Mikołajowi delikatnie się w środku zagotowało, ale co tu robić…
Poryw wiosny pięknie trwa, a ja porywam się na szumne plany na weekend, choć nauczona doświadczeniem ostatnich tygodni, powinnam już niczego nie oczekiwać. Jednak namolna optymistyczna myśl wciąż tłucze się po głowie – a może będzie dobrze, może się uda…
Dobrej reszty dnia!



6 komentarzy
Czy te fiołki są pachnące, bo jest odmiana również niepachnąca?
Dobrego weekendu w porywach wiosny,optymistom nawet w grudniu fiołki kwitną…
Dobrego weekendu!
U mnie kwitną prymulki i pierwiosnki. Trochę późno, bo w ubiegłym roku kwitły już w listopadzie :)) Pozdrawiam. Hanka
wow? Z jakiego Haniu Ty zakątka świata piszesz? 🙂
Mieszkam w Kaliszu, to najmniej deszczowe miasto w Polsce od lat. Moje „światowe” czasem wywody zaistniały tu z racji moich dzieci mieszkających zagranicą.