Szczytowanie
Ruszyłyśmy z Procchio wczesnym rankiem, tym razem nie dlatego, że musiałyśmy uciekać przed załamaniem pogody, tylko dlatego, że ostatniego dnia czekała nas prawdziwa kumulacja. Miałyśmy za jednym zamachem zrobić dwa etapy, czyli w sumie ponad 20 kilometrów samej GTE przy bardzo dużym przewyższeniu, bo poza naszym szlakiem chciałyśmy koniecznie wspiąć się na najwyższy szczyt Elby – na Monte Capanne.
Wspinaczka zaczęła się zaraz za Procchio, jak tylko zeszłyśmy z asfaltu. Szlak co jakiś czas się wypłaszczał, żeby za parę kroków znów wbijać ostro pod górę. Każdą kroplę potu zbywałyśmy śmiechem, bo dzień był wyjątkowej urody, powietrze przejrzyste, co pozwalało nam cieszyć oczy niezwykłymi widokami.
Śmiechem zbywałyśmy też mylące tabliczki. „Monte Perone 20 min”, za kolejne dwadzieścia minut podobna informacja, więc przy trzeciej już się nawet nie dziwiłyśmy. Odetchnęłyśmy dopiero jak drzewa się przerzedziły i widać było, że dotarłyśmy na szczyt pierwszej tego dnia góry.
Monte Perone i adrenalina
Z Monte Perone widok był niesamowity, postanowiłyśmy więc zrobić dłuższy przystanek, nacieszyć oczy i dać chwilę odpocząć nogom.
Kolejny odcinek trasy na jakiś czas zrobił się niemal spacerowy. Przeszłyśmy przez Sanktuarium Motyli, aż w końcu ścieżka znów się zwęziłła i nabrała zadziorności.
Szłyśmy pomiędzy głazami, kamieniami i skałami, a widok był już tylko bajeczny, więc często przystawałyśmy, żeby łapać jak najwięcej kadrów.
Do Monte Capanne tabliczki pokazywały jeszcze prawie dwie godziny, a szczyt majaczył jakby tuż przed nami.
Po otwartych graniach szlak na chwilę zniknął w lesie prowadząc mocno w górę. Nagle zagęściło się też od turystów. Niektórych bardzo upiornych w swoim zachowaniu, co troszkę podniosło nam ciśnienie.
Potem las się skończył i szlak zrobił się kamienisty, ale nie tak, jak moje appennińskie mulattiere (drogi, wyłożone kamienistym „chodnikiem”), ale jakby ktoś przed nami spuścił lawinę pokruszonych skał.
Już zrozumiałam dlaczego podawano tak długi czas dotarcia na szczyt… Tu trzeba było ważyć każdy krok, niektóre z kamieni były ruchome, co w połączeniu z obciążeniem plecaka, było walką o równowagę i przetrwanie.
Nie zdążyłam w porę schować aparatu do plecaka, a potem było już za późno na takie manewry i niestety mój obiektyw bardzo w tej wyprawie ucierpiał.
Le calanche nas (mnie przede wszystkim) wykończyły nerwowo. Jestem wytrzymała, lubię wspinaczki z umiarkowaną adrenaliną, ale od zawsze powtarzam, że ferrate nie są dla mnie. To oczywiście nie była ferrata, ale dawka adrenaliny jaką przyjęłam, była jak dla mnie końska. Czułam, że ze stresu mam spocone stopy.
Byłyśmy o krok od zrezygnowania z Monte Capanne, tym bardziej, że oznaczenie szlaku było niejasne i błądzenie w takim miejscu na pewno nie należało do rozsądnych.
Na nasze szczęście napotkałyśmy jednak grupę dziewczyn, prawdopodobnie przewodniczek, które oświeciły nas w kwestii szlaku i zwróciły uwagę na to, że taka pogoda na Monte Capanne jest rzadkością, więc grzechem byłoby zrezygnować.
Monte Capanne - najwyższy szczyt Elby
W końcu dotarłyśmy szczęśliwie na Monte Capanne. Byłyśmy wykończone. Większość osób wjeżdża tam wyciągiem, więc niestety na szczycie panuje atmosfera „Kasprowy Wierch”, ale my znalazłyśmy swój skrawek skały w najwyższym punkcie i starałyśmy się nie zwracać uwagi na innych. Miły pan obok nas opowiadał swojemu znajomemu:
– To jest Capraia, tam Korsyka – za jego palcem podążyło spojrzenie nie tylko jego towarzysza, ale też innych, nasze oczywiście też – tamta płaska to Pianosa, dalej Montecristo, Giglio, a tam na końcu to już Półwysep Argentario…
Z Monte Capanne widać całą Elbę. Można wzrokiem zarysować calutki jej kształt. Stąd też, jak z żadnego innego miejsca widać cały archipelag toskański.
Dzień rzeczywiście był bajeczny. Lazur nieba przeglądał się w morzu albo to morze odbijało się na niebie. Mogłabym tam siedzieć i siedzieć i wzrok karmić tym wyjątkowym spektaklem, ale naglił nas czas…
Na siedemnastą znów zapowiadano deszcz, a my do Pomonte, gdzie kończyła się nasz Grande Traversata Elbana miałyśmy jeszcze prawie trzy godziny drogi i znów musiałyśmy przeprawić się przez nieszczęsne Le Calanche.
Wielki finał - Pomonte
U stóp Monte Capanne znajduje się rozgałęzienie czwartego etapu GTE. Tam można wybrać wariant północny lub południowy. Więcej wskazówek technicznych i praktycznych będzie oczywiście w książce. Jeśli tu zdradziłabym wszystkie szczegóły, nikt nie byłby już nią zainteresowany, więc proszę o wyrozumiałość.
Ruszyłyśmy z Olgą w dół w stronę Pomonte. Przez ostatnie 10 kilometrów spotkałyśmy tylko sarny, żadnego człowieka.
Na chwilę wiatr przywiał kilka kropel deszczu, ale ostatecznie chmura się rozpłynęła w niebycie i wieczorem znów zaszczycił nas piękny zachód. Wyglądało to tak, jakby słońce kładło się spać w objęciach z Korsyką.
Bardzo podobał mi się ten ostatni etap, właśnie te 10 kilometrów w dziczy. Mam tylko wrażenie, że nie miałyśmy już siły, żeby w pełni go docenić i zachwycić się nim tak, jak na to zasługiwał.
Dotarłyśmy do Pomonte przechodząc przez finałową bramkę i zaraz rozsiadłyśmy się przed kościołem – po bożemu – z zasłużonym piwem. Chciałyśmy chwilę odsapnąć i dopiero potem ruszyć pieszo do Chiessi, gdzie znajdował się nasz ostatni hotel, nie musiałyśmy się spieszyć, bo i tak wszystkie autobusy już tego dnia odjechały…
Jakież więc było nasze zdziwienie, kiedy niedługo potem zatrzymał się przed nami niczym widmo, niebieski autobus i dowiózł nas pod sam hotel.
Potem przyszedł czas na świętowanie, ale o tym i o powrocie pełnym kolorów już jutro…
Dobrego nowego tygodnia!
ROLKA dzień trzeci.



Jeden komentarz
Bohaterki ! Najprawdziwsze BOHATERKI !!! GRATULACJE !!!!