Pelago i święto dzika
Objechaliśmy całą gminę, zanim trafiliśmy na sagrę dzika. Po Brisighelli i Pieve Corleto byliśmy przekonani, że i tutaj wszystko odbywa się na peryferiach miasteczka pod namiotami, na miejskim boisku.
Tymczasem okazało się, że organizatorem święta dzika w Pelago są dwie lokalne drużyny myśliwych i całe ucztowanie ma miejsce w samym centrum w siedzibie circolo, a co za tym idzie, rozmach imprezy jest dużo mniejszy, co oczywiście nie znaczy, że gorszy.
Kiedy ustawiliśmy się karnie na końcu kolejki, zaraz podeszła do nas pani z kuchni – sądząc po czepku na głowie, serdecznym gestem wywołała nas z ogonka i zaprosiła do drugiej sali z pięknym widokiem. Tam zaraz zostaliśmy usadzeni przy stoliku i otuleni ciepłą, jak ta cała majowa niedziela, atmosferą.
Coś w nas musi być… Być może przyciągamy dobrą energię albo też ta energia z nas uchodzi i przyciąga ludzi, bo to już enty raz, kiedy spotykamy się z niecodzienną życzliwością.
– Ja wam przygotuję stolik, a ty tymczasem możesz zrobić kilka zdjęć z okna. Zobacz jaki stąd jest widok! – kelnerka spojrzała na mój aparat, uśmiechnęła się jeszcze szerzej i zaraz szerokim gestem zaprosiła nas do stołu.
Jedzenie było bardzo smaczne, choć musieliśmy uczciwie przyznać, że zdecydowanie w tej kwestii Romania wiedzie jednak prym.
Passo della Consuma i krótki przystanek
– To gdzie teraz? Chcesz przejechać przez Passo della Consuma?
– Dawno już nie byłem.
– A wiesz, że od Consumy już tylko dwa kroki do Poppi?
– A zatem jedziemy do Poppi.
Zatrzymaliśmy się na przełęczy gęsto oblepionej motocyklistami, żebym mogła złapać kilka kadrów moim nowym Nikonem i żeby nas samych uwiecznić w klasycznym selfie.
O Consumie opowiadam w najnowszej książce, bo biegnie tędy szlak świętego Franciszka, który prowadzi do La Verny.
Przełęcz Consuma jest jednocześnie punktem granicznym pomiędzy prowincjami Arezzo i Florencją i ma wysokość 1050 m. n.p.m.
Ruszyliśmy dalej, ale już kilka chwil potem zaczęła ogarniać nas senność.
– Pisolino? (drzemka)
– Koniecznie!
I tak oto zaraz potem zaparkowaliśmy „G” na łące jak z obrazka, ustawiając się „kuprem” w stronę Pratomagno – bo nawet jak się śpi, widok jest niezwykle istotny. Wyciągnęliśmy podręczny, niedzielny materac i zaraz oddaliśmy się z błogością zasłużonej drzemce.
Taki przerywnik w ciągu wojażowania, jest tym samym, czym na trekkingu batonik ratujący życie.
Jakieś czterdzieści minut później obudziliśmy się zwarci i gotowi do dalszego odkrywania niepopularnych zakątków Toskanii.
Poppi
W zamku Poppi byłam już wiele razy, ale cieszyłam się na ten przystanek, bo dla mojej Drugiej Pary Hoka to był pierwszy raz.
O samym zamku w Domu z Kamienia pisałam oczywiście kilka razy, ostatnio niecały rok temu:
Początki Castello dei Conti Guidi sięgają końca XII wieku, dziś jest to najważniejszy zamek całego Casentino.
W jednej z sal znajduje się ogromna makieta przedstawiająca jedną z ważniejszych toskańskich bitew.
11 czerwca 1289 roku pod Campaldino starli się Ghibellini z Arezzo z florenckimi Guelfi. Wśród wojowników znalazł się młody Dante, walczący jako Guelfo Bianco.
Do dziś Battaglia di Campaldino uważana jest za modelową średniowieczną bitwę.
Kiedy już obejrzeliśmy każde sklepienie, każdy kamień, kiedy on wytłumaczył mi, że poręcze taki właśnie kształt mają nieprzypadkowo, zostawiliśmy zamek i poszliśmy fotografować portyki miasteczka, które są obok zamku drugą atrakcją Poppi.
Spacerowaliśmy w ich cieniu, przystając co kilka kroków i fotografując najbardziej widowiskowe zaułki – kamienne łuki, stare drzwi, ukwiecone okna i nasze w nich odbicie.
– Całe życie jest poezją… – powiedział starszy pan do innego starszego pana podniosłym, filozoficznym tonem.
– Nie wierzę! – otworzyłam buzię ze zdziwienia – kiedy byliśmy tu chyba dziesięć lat temu, tu właśnie pod tymi portykami zatrzymał nas lokalny poeta i zaczął czytać swoje wiersze. To jest on, to ten sam człowiek! Niezwykłe…
– Całe życie jest poezją…
– Poniesiesz trochę aparat? I zrobisz mi zdjęcie?
Zrobił jedno, drugie, potem znów poszliśmy dalej, aż w końcu wsiedliśmy do auta i ruszyliśmy w drogę powrotną.
Bez pośpiechu
– Czy nie powinieneś jechać prosto? To droga do Castagno d’Andrea.
– Miałem ochotę pojechać tą drogą, jest w porządku? – popatrzył z łobuzerskim uśmiechem.
– Bardzo w porządku, wszystko byle tylko opóźnić koniec tego dnia.
Jechaliśmy tak kilka kilometrów bez konkretnego celu, aż w końcu uznaliśmy, że wystarczy. Zawrócił auto na najbliższym szerszym poboczu. Byliśmy usatysfakcjonowani.
– Patrz! – wykrzyknęliśmy w tym samym momencie.
Przed nami na jednym ze szczytów wyłoniła się kamienna dzwonnica.
– To musi być ten kościół z tabliczki, przy której zawróciliśmy.
– Tam była jakaś tabliczka?
Nie pytając mnie o zdanie, znów zawrócił auto i chwilę potem jechaliśmy jaskrawozieloną drogą przez apeniński gaj.
– Jaka ładna ta droga, prawda?
– Piękna.
Wszystko było piękne. Od początku do końca. Dojechaliśmy do maleńkiego kamiennego kościółka, który – jak się okazało -liczył sobie 1000 lat. Wnętrza nie udało nam się zobaczyć, bo świątynia zamknięta była na głucho. Tak czy inaczej było to doskonałe miejsce do podziwiania kostropatych od galestro grani Falterony.
Słońce powoli zwieszało głowę, zupełnie jakby zmęczyło się własnym upałem po prawdziwie letnim dniu. Jego wieczorny ogień zasłonił pół nieba, kiedy zjeżdżaliśmy z ostatniej przełęczy w stronę doliny Lamone.
I tak oto nasza podróż niedzielna dobiegła końca. Tydzień dotelepał się do połowy, a walizka jest już niemal w całości spakowana…
Dobrej nocy.



2 komentarze
Piękne zdjecia i piekne bajanie o urokach Toskanii w pełni wszelakich wzruszeń.😍
Kasia, Ty jesteś jak nowo narodzona. 😉🥰 Super!!!
Jestem <3