Rocca di Dozza
Po tym jak po sobotniej uczcie nad Adriatykiem, do domu dotarliśmy dobrze po północy, stwierdziliśmy, że niedziela musi być spokojna. Nie bardzo daleko, nie bardzo wyczynowo, ale jednak aktywnie, poznawczo i… smacznie.
Na tapetę wrócił więc temat Dozzy. Ja Dozzę przeszłam wszerz i wzdłuż, zwiedziłam kilka razy jej Rokkę i nawet zrobiłam o niej film, który możecie oglądać na kanale YouTube Dom z Kamienia.
Moja Druga Para Hoka widziała tylko samo miasteczko, ale poprzednim razem, kiedy spontanicznie zawitaliśmy tu na święto wina, zamek był już zamknięty.
Ze wszystkich tego typu budowli, jakie dane było mi zwiedzić w Italii, pięćsetletnia Rocca di Dozza jeśli chodzi o wnętrza jest moją ulubioną. Do naszych czasów przetrwała w stanie niemal nienaruszonym, a wiele jej pomieszczeń zachwyca autentycznymi detalami, sprzętami, wyposażeniem. Dodatkowo z wież rozciąga się wspaniały widok na wzgórza imoleskie, a w podziemiach urządzono oficjalną enotecę regionu Emilia-Romagna.
Zdjęć z tego dnia mam tylko tyle, ile widać. Jak największa gapa po ślubnych zdjęciach zapomniałam naładować baterie w aparacie. Brawo ja!
Uczta niedzielna
Miejsca, w których się posilamy w czasie naszych wojaży zwykle wybieramy wcześniej, bo jednak aspekt kulinarny – jak na włoskie życie przystało – jest dla nas bardzo ważny.
Tak też było i tym razem. W samej zabytkowej części miasteczka są w sumie może cztery punkty gastronomiczne, a my tym razem postawiliśmy na La Scuderia. Było rzeczywiście bardzo smacznie i miło, choć na pewno nie aż tak, żebyśmy przez całą powrotną drogę mieli przeżywać nasz posiłek – tak jak to miało miejsce w przypadku Vicopisano, które do tej pory pozostaje dla nas niedoścignionym numerem jeden i już planujemy kolejny powrót, tylko dla samego posiłku i dla gościnności tego miejsca.
W każdym razie w La Scuderia uraczyliśmy się tradycyjnym wyborem serów i wędlin oraz domowym makaronem. Ja postawiłam na bigli z szalotką, kiełbasą i świeżymi pomidorami, On na tradycyjne tagliatelle z ragu’.
Największym zaskoczeniem była dla nas szafranowa panna cotta na deser. Rzadko decydujemy się na słodkość, musi być coś wyjątkowego, co skusi nas na dodatkowe kalorie i tym razem ta rola przypadła szafranowi.
Nasze przysmaki niestety nie zostały uwiecznione na zdjęciach, ale jeszcze raz zapraszam do obejrzenia rolki z minionej niedzieli.
Jeśli chodzi o uczty – ja już od kilku dni drążę temat, żeby znaleźć idealne miejsce na „za tydzień”, kiedy to z okazji wyjątkowej ruszymy tym razem w zupełnie nowym kierunku.
Tymczasem pięknej środy!



2 komentarze
Turystyka kulinarna to bardzo dobry pomysł:) Widzę, że i tu podzielamy upodobania, bo my z małżonkiem od kilku lat właśnie taką uprawiamy ze względu na ograniczoną mobilność osobniczą:) Przy czym mój mąż jest znakomitym kucharzem, ale, jak mawia, lubi od czasu do czasu zjeść coś, co ugotują inni, pod warunkiem, że nie jest to jego żona. Smaczności!
Czyżby tam było widać Marzieno/Pietramorę z najlepszej winnicy w Emilii Romanii ? 🙂