Niedzielny poranek w Biforco
Zimne powietrze z ostatnich dni przegnał w nocy szalony wiatr. Kiedy czarnym świtem około 5.00 rano czekając na kawę wyjrzałam przez okno, termometr przed barem pokazywał 16 stopni! Niestety z wiatrem przywlokły się do doliny chmury. Spokojny, niedzielny poranek, kiedy wszyscy szykowali się do pierwszej kasztanowej sagry, spłynął deszczem.
Deszcz ma nam psuć szyki do południa, ale potem ma być już tylko pięknie. Mam nadzieję, że ludzie nie wystraszą się na dobre i ktoś jednak w nasze Apeniny dziś zawita, bo już wczoraj cały zastęp ludzi uwijał się na placu, żeby tegoroczną sagrę uczynić jeszcze piękniejszą. Tym razem oprócz kasztanów i innych smakołyków jest też zakątek rękodzieła oraz artystów.
Mam nadzieję, że po obiedzie pogoda pozwoli na kilka kadrów i będę mogła do mojej marradyjskiej historii dopisać kolejną sagrę.
Niebanalność
Dwa dni temu do Bologni dotarła moja elbańska pocztówka. Lucy bardzo się ucieszyła. Ona takie gesty ceni sobie szczególnie. Z serca też gratulowała mi przejścia GTE i zaraz na drugi dzień wysłała mi zdjęcie z księgarni – zdjęcie książki, która wpadła jej w ręce myśląc o mnie. Wzruszyła mnie tym, bo to dla mnie trochę obraz tego jak widzi mnie moja Córka.
Opinia moich dzieci jest tak naprawdę jedyną opinią „innych” na mój temat, która jest dla mnie ważna. Byłabym nieszczera, gdybym powiedziała, że w nosie mam opinie innych, natomiast z wiekiem nauczyłam się tą opinią nie przejmować i żyć po swojemu. Tak czy inaczej to, jak widzą mnie moje dzieci jest dla mnie ważne i jednocześnie bardzo ciekawe.
Nie raz pytałam obydwoje jak mnie przedstawiają, kiedy ktoś pyta ich o mamę, a takich sytuacji jest całkiem sporo. Mówią o mnie: fotografka, nauczycielka włoskiego, pisarka, ta, która kocha góry, ta, która ma odwagę realizować marzenia…
Mam nadzieję, że moje wyboiste ścieżki zostawiły i w Lucy i w Mikołaju więcej dobrego niż złego. Obydwoje idą trochę pod prąd, obydwoje dążą do szczęśliwości, choć to szczęście czasem okupione jest niewygodą, trudem, walką.
Ostatnio Lucy napisała do mnie:
„Wiesz, że zmarła Jane Goodall? To pierwsza śmierć znanej osoby, która tak bardzo mnie dotknęła. Strasznie mi smutno.”
Długo tamtego dnia rozmawiałyśmy i Lucy podzieliła się jeszcze jednym pomysłem na swoją przyszłość. Oczywiście żeby te wszystkie pomysły zrealizować musiałaby mieć siedem żyć jak kot, ale tak czy inaczej imponuje mi tymi wizjami i kto wie, jak potoczą się jej ścieżki.
Może nie jestem obiektywna, raczej na pewno, ale myślę, że moje dzieci choć tak bardzo różne, mają jeden wspólny mianownik – NIEBANALNOŚĆ.
Dobrej niedzieli i dużo słońca!


