Przylaszczki
– Jak one się nazywają? – pytam pochylając się z Nikonem nad kolejnym fioletowym dywanem – kiedyś na pewno sprawdzałam, a teraz nie pamiętam.
– Mah… – zamyśla się – nie wiem…
– A wiesz jak się nazywają po polsku? – już w myślach zaczynam chichotać.
Patrzy na mnie wyczekująco…
– PRZYLASZCZKI! – cedzę z przekoloryzowaną dykcją i w myślach dodaję – i teraz walcz!
– Psilaszćki – powtarza jakby nigdy nic, a ja wytrzeszczam oczy – co, zdziwiona? Dobrą mam wymowę?
– Bardzo dobrą, wow! Bravo!
– Psilaszćki, psilaszćki – powtarza ukontentowany – to zerwę dla ciebie jednego psilaszćki.
– Aaaa nie, nie! Jednego, a raczej jedną… to już przylaszczkĘ!
Patrzy na mnie podejrzliwie i kwituje:
– To lepiej zerwę ci tre psilaszćki! – schyla się i zaraz podaje mi mini marcowy bukiecik…
Rovigo szemrze szeptanym szumem, ptaki świergoczą, trajkoczą jak opętane, a przylaszczki wzdłuż szlaku ścielą się całymi dywanami. Jest pięknie…
Dalsza część językowych zagwozdek
– Che mota!
– Mota?
– Fango*! (błoto)
– Domyśliłam się, ale w życiu tego określenia nie słyszałam. To w dialekcie? Po toskańsku? Czy po włosku?
– Boh! Non lo so* (nie wiem). Może po toskańsku?
– Mota… Mota… – powtarzam teraz ja – to bardzo ciekawe. Uwielbiam się uczyć nowych słówek.
– Popatrz!
– Straszne… Che disastro!
CDN…
Powiedzieć, że weekend był piękny, to nic nie powiedzieć. Nie byliśmy na żadnych wojażach, ale to jakie emocje podarował, trudno jest mi opisać słowami. Nadal nie wiem, co będzie za miesiąc, ale wiem, że kolejny wielki skok udało się zrobić.
Będę o tym bajać w następnych dniach, o Rovigo, o wodospadzie, o uścisku i o przylaszczkach. Pięknego nowego tygodnia!



Jeden komentarz
Pięknie opowiedziałaś🥰