Między lodami i aperitivo
– Pojedźmy do Campergozzole!
– Och! Wieki tam nie byłam!
Znów wsiadamy do „G”, otwieramy szyby, włączamy muzykę i jedziemy w stronę przełęczy Sambuca.
Zaraz za Quadalto przy sanktuarium śnieżnej Madonny skręcamy w lewo w kierunku Lozzole. Jeszcze przez kilka kilometrów „G” turla się najpierw asfaltem, potem górską drogą.
Zatrzymujemy się w gaju kasztanowym i dalej kontynuujemy pieszo. Jest późne popołudnie albo wczesny wieczór, nitki światła przeciskają się przez nowonarodzoną zieleń.
Jest wyjątkowo! Znów słychać chrzęst kamyków pod dwoma parami Hoka, a trzymające się za ręce cienie ciągną się leniwie za nami.
Historia ukryta
Po kilkunastu minutach marszu wyłoniły się przed nami pierwsze kamienne mury…
To niezwykłe skupisko, które już niemal kompletnie pochłonęła roślinność od lat fascynuje szperaczy poza szlakiem, wielbicieli „miasteczek widm”.
Campergozzole są wyjątkowe. Na resztkach zachowanego dziedzińca znajdują się portyki – zupełnie niezwyczajne dla zwykłego, wiejskiego domostwa w dziczy Apeninów.
– Słyszałem, że tu był jakiś klasztor…
– A ja słyszałam, że dorosła tu Rosanna. Sama mi o tym powiedziała. Próbowałam dokopać się do historii dawnych dziejów tego miejsca już lata temu, ale nic… Ani skrawka faktów!
Po powrocie z naszej wyprawy znów przekopałam różne źródła, ale nic się po latach nie zmieniło.
I tak sobie myślę, że wspaniale jest odwiedzać miejsca i poznawać ich historię, ale może jeszcze bardziej fascynujące są te, których historia przepadła w czeluściach czasu, w niepamięci pokoleń.
Kto wie czym były portyki, kto tu mieszkał, ile było zabudowań, dlaczego nagle życie stąd uleciało… Niby chciałoby się to wiedzieć, ale równie ekscytujące jest wyobrażanie sobie tego, co być mogło.
Koniec weekendowej opowieści
– Co powiesz na aperitivo?
– W tym samym barze?
– Mhm…
– Pewnie! Bardzo chętnie, nigdzie przecież nie musimy dziś pędzić, jesteśmy sami dla siebie. Aperitivo jak najbardziej!
Tak czy inaczej dotarliśmy do domu o przyzwoitej porze. Mieliśmy w sumie dużo ważnych rzeczy do zrobienia, bo w ciągu dnia nie raz powtarzaliśmy: zrobimy to po kolacji.
Kiedy weszliśmy do kuchni, zastaliśmy w niej Mikołaja, który z pietyzmem układał w skrzynce różne ceramiczne cuda.
– Skąd to masz?
– Dostałem od R. To na moją przyszłość. Wyniosę na strych.
Zjedliśmy kolację, a zaraz potem zarezerwowaliśmy wejście na kopułę Brunelleschiego i znaleźliśmy miejsce noclegowe w sercu Toskanii, bo oto już zapowiada się kolejny bardzo wyjątkowy weekend.
Dobrej reszty dnia!



Jeden komentarz
No, no, no, Kasieńko, dajecie czadu! Ależ ja Ci tych ruinek zazdroszczę!