Mała sagra - czyli sagretta
W sobotę wieczorem pod „marcato coperto”, czyli miejscem zadaszonego targu odbyła się tak zwana „sagretta” – mała kasztanowa festa dla tubylców połączona z degustacją wina. Było to jak wstępne przyjęcie przed huczną, niedzielną imprezą. W menu tagliatelle z mąki kasztanowej z boczkiem i radicchio, schab z kasztanami, a na deser castagnaccio i tortelli z kasztanowym kremem. Do tego wina z Romanii – przede wszystkim sangiovese i albana. Smacznie, gwarnie, obficie – jak na marradyjski wieczór przystało. Takie wieczory pozwalają zagłuszyć nieco tęsknotę za letnim kołowrotkiem miłych zdarzeń.
Siedziałam przy stole z Marią i zajadając smakołyki wspominałyśmy minione tygodnie. Dni, czy też wieczory spędzane do nocy na placu, na basenie, w barze… Wszystkie wybawiłyśmy się w tym roku tak, że już bardziej byłoby chyba niemożliwe. Przed nami zimowy czas, nieco spokojniejszy, wolniejszy, a dla mnie na pewno bardziej pracowity.
Powinnam się teraz skupić na pisaniu, ale z tym skupieniem – z wielu powodów – ostatnio marnie. Tak marnie, że nawet zdjęć z sagretty brak, bo o tym, żeby sfotografować kasztanowe tagliatelle pomyślałam dopiero kiedy talerz zrobił się pusty. To do mnie niepodobne.
Już za chwilę znów w drodze
Ela – Towarzyszka mojej nowej wyprawy jest już w drodze. Ja zaczynam pakować plecak. Co jakiś czas zerkam na prognozy w nadziei, że jednak nie będzie tak źle. Niestety okno NIEPOGODY, niezmiennie już od kilku dni wpasowuje się dokładnie w nasz marsz, bo już od czwartku zapowiadany jest dalszy ciąg ottobraty, czyli słońce i ponad 20 stopni. Mam chwilowy spadek optymizmu i dręczące poczucie, że wszystko sprzysięga się przeciwko mnie.
Brzydkiej pogodzie nie da się zaradzić. Jedyne co mogę zrobić, to wrzucić do plecaka najskuteczniejszą pelerynę, w której – jak to Basia powiedziała – wyglądam jak Gandalf i udawać, że nic się nie dzieje, że jest dobrze tak, jak jest.
Mam nadzieję, że kolejny trekking mimo złych prognoz dopisze kolejny rozdział do książki.
Myślę, że dziś poza sagrą w miłym towarzystwie powinnam zafundować sobie poranny, samotny trekking i przewietrzyć głowę z niechcianych myśli. Przebieranie nogami zawsze działa, przestrzeń czyni cuda, słońce pogłaszcze stroskaną głowę.
Dobrej niedzieli!



Jeden komentarz
Kasiu,tak jak piszesz, na pogode nie mamy poki co wplywu (na szczescie). Jezeli naprawde bedzie deszczowo na Waszej wyprawie, w ksiazce ktora piszesz,” odwroc kota ogonem”. Wyprawa trekkingowa, to nie spacer w jakims centrum handlowym od boutique do boutique, to spotkanie z natura. Dla czytelnikow napewno bedzie to super przydatne , wiedziec jak wyglada deszczowa wedrowka, kiedy nalezy ja przerwac, ewentualnie przeczekac.
Pieknych przezyc i bezpiecznego powrotu Wam zycze