Bez szans, a jednak
– Dostałam od wydawnictwa już całą makietę książki, dziś czeka mnie zatem długa zabawa, żadnych spacerków nie będzie. Chcesz zobaczyć?
Jest 5.30. Biforco jeszcze przez chwilę tonie w mroku. Jemy śniadanie i śledzimy wzrokiem poszczególne rozdziały i zdjęcia. Do niektórych uśmiechamy się z rozczuleniem.
Na szybko wyłapuję kilka błędów. Już wiem, że to będzie intensywny dzień. Między porannymi lekcjami przychodzi też mail z podcastem do autoryzacji.
Zastanawiam się, kiedy ja się z tym uporam i błogosławię się w duszy za resztki kolacji z poprzedniego wieczoru. Zawsze to piętnaście minut w kieszeni…
Wcinam moją quinoę z pieczonymi warzywami i słucham podcastu. Słucham i uśmiecham się do tej rozmowy, bo zdaje się, że przyjemnie dla ucha wyszedł ten mój podcastowy debiut.
Jak tylko nagranie będzie opublikowane, natychmiast się nim podzielę i przyznam – już się nie mogę doczekać.
Po autoryzacji podcastu zabieram się za książkę. Postanawiam najpierw sprawdzić zdjęcia, czy są na swoim miejscu. Ostatecznie nie zajmuje mi to tyle czasu, ile myślałam i tym oto sposobem udaje mi się, mimo wszystko, wyrwać czas na trekking…
Wędrowanie
Dzień bez wydeptanych kilometrów nikomu nie służy. Są rzeczy ważne i ważniejsze, a chodzenie jest dla mnie w tej pierwszej kategorii. Jeśli nawet nie da się daleko, to nadrabiam mocniejszym przewyższeniem. Drogę znam na pamięć – czy to Castellone, czy moja Świątynia Dumania. Myślę sobie, że mogłabym te trasy pokonać w nocy bez latarki.
Robi się ciepło, więc w końcu udaje mi się też przysiąść na Łące Dyzia! Po raz pierwszy w tym roku…
Tylko kilka chwil, bo odzywa się telefon, na którym wyświetla się mail od wydawnictwa. Znów czas się skończył. Trzeba wrócić do zadań. Jeszcze tylko kilka dni tak intensywnych działań i mam nadzieję, że po świętach książka pójdzie do druku, a ja wrócę do wędrowania bez wyrzutów sumienia.
Tymczasem nastał wieczór i zaraz noc… Na spokojne pisanie zabrakło dziś czasu.


