Jeszcze raz przed zmierzchem
W piątek światło było inne. Choć paradoksalnie dzień był bardzo słoneczny, to jednak zmierzch jakby chciał się rozgościć nieco wcześniej, niż w pochmurny czwartek.
Dotarliśmy na miejsce znów o tej samej porze, znów trasę przemaszerowaliśmy w pół godziny. Znów było baśniowo, a grzybów jeszcze więcej niż dzień wcześniej.
Szelest liści, trzaskanie patyków pod naszymi wolnymi krokami… Tu, kiedy już dotrze się do „grzybiarni” chodzi się stopkami, powolutku, dwa kroki i stop… Tak, czasem nawet się stoi i jak sokół penetruje wzrokiem podłoże. Wśród zeschniętych liści dzikich kasztanów nie jest łatwo wypatrzyć brązowe łebki…
A potem nagle – jest! – i emocje sięgają zenitu. Zazwyczaj obok jeszcze jeden i kolejny… Wczoraj w jednym miejscu znaleźliśmy pięć dorodnych borowików.
Jeszcze raz uczta
Zrobiłam zupę według przepisu jego cioci. Wyszła doskonała i przepisem, tak jak obiecałam, wkrótce się podzielę. Z części najmniejszych porcini przygotowaliśmy królewskie antipasto – carpaccio z surowych kapeluszy z listkami parmezanu. To Italia nauczyła mnie, że można jeść surowe borowiki – oczywiście te zdrowe i te najmłodsze, najświeższe.
W Italii trzeba wiedzieć gdzie, w jakim rodzaju lasu, w danym momencie szukać grzybów. Najczęściej zaczynają się w gajach kasztanowych i w tzw. palonecie, potem wśród małych dębów – tak zwane cerro i na koniec w lesie bukowym. Zawsze zastanawiało mnie dlaczego paloneta tak się właśnie nazywa, skoro rosną tam głównie dzikie kasztany. Oświecił mnie dopiero wczoraj Mikołaj, po tym, jak sam został oświecony przez tatę Cateriny.
– Gdzie je znaleźli – zapytał Mikołaj, po tym jak zaprezentowaliśmy nasze zbiory.
– W palonecie.
– A wie czemu się mówi paloneta?
– Nie mam pojęcia, zawsze mnie to zastanawiało.
– Ja też nie wiedziałem, dopiero dziś mi Roberto powiedział. Tam rosną takie dzikie młode kasztany, tak?
– No tak.
– I je się często wycina, bo służą, czy też dawniej służyły jako pale! Palo (pl. pal) – czyli paloneta.
– Aaaa! Popatrz jak to się człowiek cały czas uczy…
Uwielbiam wiedzieć takie rzeczy.
Dziś odpoczywamy. Dwa grzybowe wieczorne maratony trochę nas zmęczyły – zwłaszcza, że to koniec tygodnia pracy. Dziś, kiedy już wybije południe i tydzień pracy się skończy, będziemy się rozpieszczać „na mieście”, pół soboty w bezczelnie hedonistycznym duchu, ale już jutro czarnym jeszcze świtem ruszamy na poważne grzyby!
Dobrego weekendu! Pięknej, ostatniej w tym roku wrześniowej soboty!

